© M4c



Opis płyty

M4c

       Kolejny krążek wyprodukowany przez, moim zdaniem, wzorowego producenta - Howarda Bensona, który ujarzmił "ścianę dźwięku" w sposób chyba najlepszy ze wszystkich dotychczasowych. Wszystko brzmi świeżo, przejrzyście, a jednocześnie z wielkim wykopem i nie tracąc na swojej oryginalności. Różnice dostrzegalne przeze mnie w samym brzmieniu płyty, to "brudna" gitara Campbella, trochę zamerykanizowana (tak mi się w każdym razie kojarzy).
       W stosunku do poprzedniej płyty jednak jest to płyta nierówna. Uważam, że pierwsza połowa jest znakomita, ale później, im bliżej końca tym poziom coraz bardziej spada. Szczególnie widać to przy dwóch ostatnich utworach, które są moim zdaniem po prostu przeciętne. Ale zacznijmy od początku... wspaniałego początku... "Love For Sale", "Dogs Of War" i "Snake Bite Love" rozkręcają płytę na maksa, zwłaszcza ten ostatni wprawia w świetny nastrój. Później przychodzi "Assassin" ze świetną solówką Mikkey Dee, który po raz kolejny pokazuje, że jest jednym z najlepszych perkusistów na tym ziemskim padole... kawałek rozrywa na strzępy, jeden z najlepszych na tej płycie. "Take The Blame" początkowo trochę wypada blado przy dwóch wcześniejszych kawałkach, ale za chwilę wszystko wraca na właściwe tory.
       No i czas na najważniejszy i najciekawszy na tej płycie "Dead And Gone". Kolejny z serii genialnych w swojej formie, od początku do końca trzymający słuchacza blisko głośnika, skłaniający do krótkiej refleksji, po prostu chce się powiedzieć "więcej takich kawałków Lemmy!!!".
       Niestety po tym utworze reszta nie jest już tak genialna. "Don't Lie To Me" jest jeszcze fajnym rock and rollowym kawałkiem, przypominającym "Angel City". Zły jestem natomiast trochę na Lemmy'ego i spółkę na spapranie utworu "Joy Of Labour", który ma wręcz zajebisty refren i końcową solówkę (radzę wam podgłośnić wyciszającą się końcówkę utworu), ale zwrotka zarzyna wszystko. Szkoda, szkoda...
       I to w zasadzie wszystko, bo pozostałe dwa nie wyróżniają się niczym szczególnym.
       Aha, i nie przepadam za okładką tej płyty. Sorry. Teraz już się do niej trochę przyzwyczaiłem, ale na początku byłem zawiedziony.

"Tylko Rock" nr 8/98 (84) - Igor Stefanowicz

       Niejeden zespół o takim stażu, jak Motorhead dawno już skonsumował swój ogon i zaczyna obgryzać pięty. Kapela Lemmy'ego może nie należy do intensywnie poszukujących i eksperymentujących, ale ciągle nagrywa dobre płyty. Trzyma się swojego stylu, lecz na "Snake Bite Love" nie słychać ani zmęczenia, ani fałszu, ani niczego na siłę. Strasznie się cieszę, że można ten album pochwalić nie tylko ze względu na sentyment do Lemmy'ego. Jeżeli komuś się wydaje, że utwory Motorhead są po prostu kolejnymi klonami "Ace Of Spades", to się zdziwi. Mnie się tak nigdy nie wydawało, a i tak jestem pod wrażeniem różnorodności "Snake Bite Love". Oczywiście - jest typowe motorheadowe boogie, choćby w utworze tytułowym i w "Don't Lie To Me". Są inne rącze czady sporządzane według wypróbowanego patentu - "Love For Sale", "Take The Blame". Ten drugi, z początku apokaliptyczny, potem momentami pokornieje i pojawiają się w nim bardzo wyeksponowane partie Hammondów - dla mnie niespodzianka. I zaraz kolejna - ballada "Dead And Gone". Niby od czasów płyty "1916" delikatniejsze dźwięki w wykonaniu Motorheadu już tak nie szokują, ale nadal słuchanie głosu Lemmy'ego z akompaniamentem samej gitary nikomu nie zdążyło spowszednieć. Mamy też kilka utworów bardziej mrocznych i cięższych. Należy z niej wyróżnić "Assassin", przypominający trochę Orgasmatron. Próbkę swoich możliwości prezentuje tu Mikkey Dee - nie tylko trzyma udziwniony i jednocześnie hipnotyczny rytm, ale też przyczynia się do urozmaicenia i tak już ciekawej aranżacji różnymi perkusyjnymi ozdobnikami. Nawiasem mówiąc, Mikkey próbuje na różne sposoby udowadniać, że nie znalazł się w tym zespole przypadkowo. Na okładce podkreśla swoją wdzięczność dla serwisu Hondy, dając do zrozumienia, że jego głowa też ma dużo wspólnego z motorami. "Snake Bite Love" ma też słabsze punkty, na szczęście w małych ilościach. Mówię o utworach "Night Side" i "Joy Of Labour". Pierwszy sprawia wrażenie, jakby przed chwilą wyszedł spod małego palucha, drugi trąci Ameryką i chyba niezbyt pasuje do reszty materiału. Ale summa summarum pobyt w Stanach wyraźnie Lemmy'emu służy.

Arek

       No i niestety, nigdy nie myślałem, że doczekam się takiej płyty Motorhead... zbyt dużo efektów, zbyt melodyjna. Jakoś chłopakom nie idzie ostatnio, widać, że trochę błądzą i nie za bardzo wiedzą, co zrobić. A zaczęło się od "1916", która była extra moim zdaniem, potem już bywało różnie. Chyba cos za bardzo zaczęli kombinować i przekombinowali. Ja tam wole jednak surowce z końca lat 70 i z 80-tych. Taki klasyczny, prawdziwy MOTORHEAD.

Marcos

       Co do tej płyty, to niestety nie wiem jak została oceniona przez nasz rynek muzyczny, ale ten materiał oceniłem trochę inaczej niż pozostałe recenzowane przeze mnie dokonania Mojego Ulubionego Zespołu. Dlaczego tak się stało? Czytajcie, a dowiecie się.
       Płytkę otwiera ciekawy "Love For Sale". Cóż, długo nie musieli mnie przekonywać, żebym polubił ten kawałek. Ma chwytliwą melodię i jest naprawdę ciekawie skonstruowany. Jak na początek jest obiecujący. I tak powinno być. "Dogs Of War" to numer troszeczkę przypominający "Order / Fade To Black" z Sacrifice, ale tylko troszkę, więc pewnie większość z Was nie przyczepi się do tego. Nie chodzi mi bynajmniej o kwestię muzyki, ale o tekst i sposób jego śpiewania. Mimo to kawałek jest przyjemny i ciekawie zaaranżowany. Zaraz potem startuje mój numer jeden, czyli "Snake Bite Love". W miarę szybki, ciekawy i ma w sobie tego kopa tak charakterystycznego dla Motorhead. Zresztą na kolejnym albumie (We Are Motorhead - przyp. Marcos) i wielu poprzednich utwór tytułowy jest zazwyczaj dobry. Tak jest i w tym przypadku, dzięki temu kawałkowi nie mogę płycie postawić niskiej oceny. Powoli i z majestatem wjeżdża na scenę "Assassin". Naprawdę dobry numer, lubię takie "mroki" uprawiane przez Lemmy'ego Phila i Mikkey'a. Kawałek jest nieprzeciętny, po prostu mroczny na swój unikalny sposób. Ten bas, szczególnie pomiędzy zwrotkami, że nie wspomnę o zabawie pana Dee na bębnach przed ostatnią. Cudo! Zachwycił mnie od samego początku. Niestety, na razie kończę pochwały, bo oto nadchodzi numer, do którego nie mogę się przekonać. "Take The Blame" jest niestety nie w moim stylu, choć nie psuje aż tak bardzo albumu, ale wyraźnie wpływa na ujemną ocenę tego krążka. Jedyny plus tego słabego numeru to tekst. Szczególnie nie podobają mi się te organowe, czy nawet syntezatorowe dźwięki, które pojawiają się w drugiej połowie. Na szczęście zaraz jest "Dead And Gone", delikatna ballada, która podnosi ocenę. Świetny tekst i świetna aranżacja. Po prostu ballada w najlepszym, Motorhead'owym wydaniu. "Night Side" nie wnosi nic nowego. Słabiutki numer. Co mogę dobrego o nim napisać? Na pewno jest szybki, a Lemmy używa ciekawej barwy głosu. I ten bas... I chyba dlatego znów będzie dobrze, bo "Don't Lie To Me" jest jak dla mnie utworem typowo strzelonym w rock'n'rolla. Ciekawie zaśpiewany, ciekawie zagrany, robi ciekawe wrażenie :). I wydatnie podnosi poziom przed tymi najgorszymi. Ale "Joy Of Labour" to jeszcze nie ten wspomniany słabeusz. One dopiero się pojawią. A "Joy..."? Jak dla mnie to ciekawy numer, miło się go słucha. Trochę wolny, ale powstał z naprawdę dobrego pomysłu, który nie został zmarnowany. Teraz już niestety nic ciekawego, przynajmniej moim zdaniem, nie może nas spotkać, dlatego opiszę te dwa ostatnie kawałki "zbiorowo". Mowa tu o "Desperate For You" i "Better Off Dead". Ten pierwszy jest jeszcze jeszcze, ale niestety jest jałowy. Jest to kolejny utwór z serii "Lemmy do swojej kobiety", trochę zalatujący rock'n'rollem, ale tylko trochę. Drugi to totalne dno. Nie wiem, ale chyba dawno już nie było tak słabiutkiego punktu albumu. Serio. Nie lubię tych kawałków i nic mnie do nich nie przekona... Chyba, że jakaś cycata blondyna lekko po dwudziestce, ale i ona musiała by się trochę postarać :). I tyle.
       Teraz jest jasne, że jest kilka słabszych numerów i wszystkie one składają się na jeden większy minus. Na szczęście nie są tak słabe, żeby stanowiły kilka ujemnych punktów. Dlatego wolę słuchać tego albumu bez kilku kawałków - dzięki składam temu, kto wymyślił programowanie odtwarzaczy cd :).

Spis recenzji