© M4c



Opis płyty

M4c

       Mikkey Dee - drums. Nie, nie, zaraz, zaraz, to trzeba inaczej... MIKKEY DEE - DRUMS!!!
       Tak jest, panie i panowie, to jest przede wszystkim płyta Mikkey Dee! To co ten facet tu wyprawia, to jest po prostu magia! To właśnie na "Sacrifice" Mikkey dał chyba w największym stopniu pokaz swoich umiejętności. Słychać to zwłaszcza w takich kawałkach jak tytułowy "Sacrifice", a także "Over Your Shoulder", "Order/Fade To Black" i w wyjątkowym "Make'em Blind". Mnóstwo gęstych, łamanych i super szybkich rytmów, aż dostaję zadyszki, gdy tego słucham.
       Na przykład przy takim "Over Your Shoulder" na początku perka gra zupełnie obok gitar, by dopiero za moment zagrać razem w jednym rytmie, powtarza się to parę razy w całym kawałku. Także akcenty takiego grania, lekko obok właściwego rytmu, są w "All Gone To Hell". A samego "Sarifice" mógłbym słuchać w nieskończoność - THE BEST!!! Na "Order/Fade To Black", który składa się jakby z dwóch odrębnych rytmicznie, przeplatanych ze sobą, tematów (zwrotka, refren), Dee pędzi w tych szybszych partiach jak istna lokomotywa. W ogóle kawałek rewelacyjny - gitarki, wokal.
       Bo przecież ta płyta, to nie tylko popis Mikkey. Cała banda gra tutaj na najwyższych obrotach. No i na uwagę zasługuje Wurzel, dla którego jest to ostatnia płyta nagrana "pod skrzydłami" Motorhead. Mogą sobie niektórzy mówić co chcą, że najlepsze składy Motorhead, to te 3-osobowe. Ja uważam, że taka ekipa jaka była na "Bastards" i "Sacrifice", czyli 4-osobowa z Dee i Wurzelem w składzie, po prostu była najlepsza! Campbell z Wurzelem zawsze się wspaniale uzupełniali. I chociaż technicznie to zawsze Campbell był lepszy, to Wurzel wprowadzał do tego zespołu ten pierwiastek szaleństwa i chaosu, który idealnie pasował do szyldu Motorhead. Chociaż faktem jest, że Wurzela już mniej na tej płycie słychać. Zaledwie w dwóch utworach zagrał solówki - w "Dog-Face Boy" i wspólnie z Campbellem w ostatnim "Out Of The Sun".
       Ta płyta, to w zasadzie od początku do końca ostra jatka. Tym razem nie znalazła się tutaj żadna ballada, przez co płyta jest najbardziej bezkompromisowa od czasów "Orgasmatrona". Jedynym momentem spowalniającym płytę jest dziwaczny "Make'em Blind". W początkowej fazie utworu jest mocno połamany rytm perkusji, prowadzący bas i wokal Lemmy'ego oraz zawirowane duety gitarowe. W drugiej fazie kawałek się pięknie rozwija za sprawą perkusji, która teraz prostuje rytm, a bas Lemmy'ego momentami "wyłania się zza rogu".
       Zespół w wywiadach po wydaniu tej płyty mówił, że materiał brzmi bardziej punkowo. I rzeczywiście są momenty na płycie gdzie w niektórych riffach słychać ducha punka, tak jest chociażby w "Sacrifice", "All Gone To Hell" czy "Sex And Death".
       Mamy tu też typowy rock'n'roll "Don't Waste Your Time", gdzie pobrzmiewają partie sekcji dętej i klawisze. Muszę wspomnieć również o świetnych, przebojowych "Dog-Face Boy" i "All Gone To Hell".
       Końcówka płyty jest także warta zarekomendowania, zarówno "In Another Time", jak i "Out Of The Sun" nie pozostawiają wiele złudzeń... Zwłaszcza ten ostatni z partiami solowymi wszystkich "wioślarzy". I ta wybrzmiewająca symbolicznie solówka Wurzela na koniec kawałka, płyty i... całej jego przygody w tym zespole...
       W zasadzie nie ma do czego się przyczepić, chociaż maxa raczej nie mogę dać, ale chyba tylko ze względu na dwie sąsiadujące płyty, do których ta zawsze będzie przeze mnie porównywana.

"Tylko Rock" nr 8/95 (48) - Igor Stefanowicz
i 3/4

       Pan Lemmy Kilmister zapytany, jak według niego powinna brzmieć definicja rock'n'rolla, odpowiedział krótko: Motorhead. Oczywiście nie chodzi tu o rock'n'roll, jaki pamiętamy z płyt Elvisa Presleya, lecz o jego współczesną odmianę, bliską metalu.
       Motorhead w niezbyt odległej przeszłości był uprzejmy zjeżdżać kilkakrotnie z obranej przez siebie przed laty prostej drogi muzycznej. Nie zawsze miłe dla fanów niespodzianki stylistyczne, zmiany w składzie, przeprowadzka do Stanów, kłopoty z wytwórniami płytowymi. I oto mamy nowy album, "Sacrifice", który albo okaże się początkiem drugiej młodości grupy, albo gwoździem do jej trumny. Ja bym optował za drugą młodością, ale sam całego nakładu płyty i wszystkich biletów na koncerty nie wykupię.
       Dobry, stary Motorhead - bardzo często tak się mówi o tym zespole. I taki właśnie jest Motorhead z "Sacrifice". Znów przyciężka lokomotywa wlecze za sobą przesterowany bas Lemmy'ego i metalowo rock'n'rollowe gitarowe riffy. W "Don't Waste Your Time" rock'n'roll nawet góruje nad metalem, przez co skojarzenia z "Goin' To Brasil" z płyty "1916" chyba są uzasadnione. Jest to zresztą jedyny utwór, w którym dyskretnie pojawiają się "dziwne" instrumenty - saksofon i fortepian. Wbrew pozorom jednak ta kompozycja wcale nie odbiega aż tak bardzo od reszty materiału z "Sacrifice", a tę z kolei można wymieszać w dowolnych proporcjach z motorheadowymi standardami typu "Ace Of Spades", "Iron Fist", czy "Overkill". Jedynie "Order/Fade To Black" zawiera trochę bardziej nowoczesnych, ciężkich riffów, ale też siedzi w stylu.
       Warto zwrócić uwagę na teksty: łatwo być okrutnym, trudniej być dobrym ("Over Your Shoulder"), każdy pyta, kiedy umrze, a powinien raczej pytać: dlaczego? ("Don't Waste Your Time"). I sporo o wojnach, ludzkiej głupocie. Wcale nie ma tu jakiegoś "yeah, baby, rock'n'roll", a jest za to spojrzenie na świat pięćdziesięciolatka, który zęby zjadł na ciężkim rocku i wstawił sobie nowe. Nie, fani Motorheadu chyba nie muszą się obawiać rozczarowań. Ale szczególnych olśnień też nie przewiduję. Dobra płyta Motorheadu.

wojt

       Jest to ostatnia płyta z Wurzelem - drugim gitarzystą zespołu. Lemmy i spółka nagrali bardzo dobrą i bardzo równą płytę, co nie zawsze im się udawało. Tytułowy "Sacrifice" wprost wyrywa flaki, mistrzostwo przez duże M. Świetna, perfekcyjna gra perkusisty Miki'ego Dee. Dalej "Sex & Death" - metalowy rock'n'roll. "Over your shoulder" brzmi jak motorowy silnik. "Order/Fade to Black" nieco nowoczesny metalowy numer. "Make 'Em Blind" - i tu zaskoczenie, bardzo zeschizowany kawałek. Następnie leci "Don't Waste Your Time" - siarczysty rock'n'roll. I tu kolejne zaskoczenie, saksofon. Nie gryzie się jednak z resztą. Do końca jest już po staremu - czyli rockandrolowa młócka. Na tym albumie Motorhead udowodnił, że można jeszcze nagrywać rock'n'roll, w którym flaki płyną po ścianach.

Marcos

       Album otwiera tytułowy "Sacrifice". To kawał naprawdę dobrej roboty! Wsłuchajcie się w niego, a dojdziecie do tego samego wniosku. Zresztą tak już jest z Motorhead i ich tytułowymi utworami - jeżeli już są, to są jednym z lepszych punktów albumu. Co mnie tu urzekło? Gra Mikkey'a i ciężki bas połączony z wokalem w mistrzowskim wykonaniu. O gitarach nie wspomnę, bo nie robią na mnie takiego wrażenia, przynajmniej w tym kawałku. "Sex & Death" to numer dwa. Króciutki, zdaje się, że ledwo się pojawi, to już znika. Tu gitary są ok. "Over Your Shoulder" to utwór, do którego z początku nie byłem przekonany, ale jak usłyszałem go na dwóch koncertówkach (Everything Louder Than Everyone Else i Boneshaker) cofam wszystko, co na jego temat złego myślałem. Kolejna stacja to "War For War", czyli kawałek, który mi nie przeszkadza i nic więcej. Cóż, nie wszystko mi się jednak podoba... "Order / Fade To Black" urzekł mnie ze względu na swoją konstrukcję, szczególnie jeżeli chodzi o "linię wokalną". Zresztą i muzyka jest ok, więc całość jak najbardziej na plus. Taki trochę połamany utwór, to lubię, bo ciekawie brzmi. "Dog-face Boy" to szybki kawałek. Czasem żałuję, że nie szybszy, bo według mnie to najsłabszy moment tego longa. Dlatego dam "Chłopcu o psiej twarzy" spokój. Niech w nim spoczywa :). "All Gone To Hell" jest ciekawszą propozycją. Naprawdę dobry numer, choć bez specjalnych udziwnień. Zwrócić można tu uwagę na ciekawe zakończenie - Lemmy śpiewa w samotności, bo Mikkey, Wurzel i Phil akurat skończyli grać i poszli na fajkę :). Pan Dee jednak zaraz serwuje nam wstęp na bębnach do "Make 'em Blind", czyli mojego kolejnego faworyta z tego krążka. Zaczyna się mizernie, ale w finale brzmi już pełnią barw. Naprawdę ciekawa kompozycja i nie będę jej więcej zachwalał - po prostu sami posłuchajcie. Zaraz potem wjeżdża w starym, rock'n'rollowym stylu "Don't Waste Your Time". I ten kawałek też przypadł mi do gustu. Szybki, z ciekawym tekstem, z pianinem i saksofonem (!). Super kawałek, posłuchajcie, a od razu nabierzecie energii do życia! Tempo zwalnia nam wyraźnie "In Another Time". Zagrany dość ciężko z wymownym tekstem i doskonałą grą całego zespołu. Dobry numer. Powoli i cichutko zaczyna się ostatni z listy, czyli "Out Of The Sun". Ale nie dajcie się zwieść, opowieść o czarowniku żyjącym w lodowej i szklanej krainie jest naprawdę ciekawa i zagrana na najwyższym poziomie. Aż się zimno robi człowiekowi na samą myśl wzbogaconą o takie dźwięki. Ciekawe jest gitarowe solo kończące numer i cały album.
       Dlaczego tak mało napisałem? To proste - materiał sam w sobie jest dość krótki, pomimo, że to aż jedenaście kompozycji. Zresztą nie ma tu też numerów, przy których chciałbym lub musiałbym się na dłużej się zatrzymać. To naprawdę świetnie zagrany album Motorhead z kilkoma jaśniejącymi punktami. Poza tym to ostatni album nagrany w czterech - Wurzel odszedł w trakcie jego realizacji. I na koniec jeszcze jedna uwaga - ciekawie prezentuje się teledysk do "Sacrifice". Choć nie jest tak dopieszczony technicznie jak choćby ten do "God Save The Queen", ale to kawał naprawdę dobrej roboty. Brawa dla panów z zespołu za pomysł i realizację.

Carnage

       Za co nie lubię tej płyty? Uważam, że Motorhead postawił sobie poprzeczkę zbyt wysoko poprzednim (wyśmienitym!) albumem Bastards. Tam dominowały surowe, pomysłowe, szybkie kompozycje. Przede wszystkim bardzo dobre. Tutaj mamy stado wlekących się słoni. Oczywiście nie mam nic przeciwko wolnym kompozycjom, ale to co się tu dzieje! Album Sacrifice kompletnie mnie zawiódł. Według mnie jest po prostu przekombinowany. Wystarczy posłuchać takiego - ciągnącego się jak smród za wojskiem - "Order/Fade To Black". Wygląda to tak, jakby Lemmy i spółka kompletnie nie mieli pomysłów. Zupełnie nie rozumiem dlaczego zespół zwrócił się w kierunku trashu (miejscami przypomina to Panterę!). Dominują bardzo dziwne kompozycje, a brzmienie płyty jest tak beznadziejnie, że zmusza do wyłączenia odtwarzacza! Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien wytrzymać do końca! Słychać tłumione gitary (?) oraz dziwnie brzmiącą perkusję. Jednakże są tacy, którym ta płyta się podoba (bardzo im tego zazdroszczę) i w tym momencie nieźle się na mnie wkurzyli - sorry. Naprawdę próżno szukać tu dobrych rock n' rollowych riffów, do których tak przyzwyczaił nas Lemmy.
       Za co lubie tę płytę? Przede wszystkim za to, że pomimo tylu beznadziejnych piosenek, znalazło się tam coś "do słuchania". Na uwagę zasługuje utwór tytułowy oraz moim zdaniem najlepsza kompozycja na płycie "War For War", "Sex & Death" również wstydu nie przynosi, ale do kanonu na bank nie przejdzie. Cieszy brak wymęczonych ballad, takich jak np. "I Ain't No Nice Guy" z również przeciętnego March Or Die. Podoba mi się oprawa graficzna płyty. Tyle plusów.
       Dobrze, że możemy przenieść się od razu do roku 1996-tego i cieszyć się wspaniałym Overnight Sensation, a o koszmarku jakim jest Sacrifice można spokojnie zapomnieć ;-)

Spis recenzji