© M4c



Opis płyty

Alex

       Pamiętam jak dziś - Rock N'Roll po raz pierwszy usłyszałem jako małolat na jakiejś imprezie. Browar lał się strumieniami, no, jednym skromnym strumyczkiem, bo kieszonkowe nie było wtedy duże, więc bardziej opłacało się je wydać na wino proste niż piwo - napój burżujów - jak się nam wtedy, w czasach gdy po kraju od Odry po Bug hulał wiecznie żywy duch Lenina, wydawało. Motorhead właśnie uraczył nas tą produkcją i któryś z kolesi ostro nadszarpnął swój budżet, by piracką kasetę dla nas zdobyć. Płyta nie zapisała się w historii zespołu jako wielka, czy chociażby w jakiś sposób znacząca. "Ot, przyzwoicie wykonany kawał Rock N' Rolla, zespół stać na więcej" -tak twierdzi większość krytyków. Pewnie po części to prawda, chociaż dla mnie była to płyta znacząca. Może przez sentyment do tamtych czasów, tamtych imprez, może to też coś więcej, w każdym razie dla mnie plasuje się w czołówce dokonań zespołu obok 1916, Ace Of Spades, czy Orgasmatrona. Ta płyta "mówi". Opowiada - o bardzo ważnych dla nas rzeczach.
Rozpoczynający krążek numer tytułowy już zapowiada, co będzie na krążku. "Rock'n'Roll" i jeszcze raz Rock'n'Roll. Ale to nie tylko utwór. Spojrzeliście na tekst? W czasach, gdy w świadomości dzieciaków istniały jedynie głuptackie wymysły, wciskane w ich uszy przez amerykańskie produkcje z Bay Area, Lemmy potrafił jako jeden z niewielu napisać coś naprawdę z sensem. Prościutki z pozoru, ale - spróbujcie w kilku prostych słowach zmieścić tyle treści, ekspresji, tak, żeby każdy napruty dzieciak na koncercie zrozumiał, że ma się coś do powiedzenia o życiu. Moim zdaniem to utwór dobry na otwarcie. Zapowiadający, co będzie dalej. Ale cała ta płyta to rezerwuar świetnych tekstów. Bo popatrzmy dalej - "Eat The Rich". Widziałem kiedyś wideo do niego. I zdziczałem. Kicająca po zastawionym stole rasowa samiczka, ale nie tylko. Bo znów - jak to już nie raz w historii bandu bywało - prawie punkowy w przekazie kawałek - wszystko jest na sprzedaż, wszystko produkuje się dla ciebie, masz to zeżreć i wysrać. Kim jestem, kim ty jesteś - co to kogo obchodzi, przecież to tylko towar. Moja muzyka, moje uczucia, wszystko można przerobić na gówno, wypromować, sprzedać, najważniejsze, by interes się kręcił. Jeden z lepszych kawałków na płycie. Daje do myślenia - COŚ po sobie pozostawia, a o to chyba chodzi. Następny - "Blackheart" - jakoś za nim nie przepadam. Może trochę przemoralizowany (jeśli można tak to określić), ale i tak niezły. "Stone Deaf In The U.S.A.", czyli Nowy Kontynent widziany oczyma Angola. Hm... czyżby już zapowiedź rychłej przeprowadzki do słonecznego L.A.? jednym słowem - witamy na pięknym, ale wiecznie dzikim i zwariowanym Zachodzie. Jedźmy dalej. Przydługa zapowiedź i - kawał niezłego Rock 'N Rolla (teraz już wiecie skąd tytuł płyty - zresztą - taki podtytuł powinny mieć wszystkie produkcje Lemmy' ego). "The Wolf". Te solóweczki - miodzio. Tekst w sumie nijaki, ale muza, MUZA! To jest to. Posłuchajcie sami, zrozumiecie, co mam na myśli. "Traitor" - do kogo to skierowane? W sumie - nie ważne. Taylor jak zwykle - maszyna grająca na dwa, rytmiczny kawałeczek - dobry na klubową imprezkę punkową. No, dobra. Przesadziłem nieco. I tak rozwala każdego po pierwszym przesłuchaniu. Jeśli jeszcze was płyta nie wzięła, przy tym numerze nie pozostaniecie w miejscu. Były już wilki, czas na psy - "Dogs". Kto jest tym ostatnim, tytułowym psem? Znów pierdoleni politycy, przerabiający nas na mięcho? Czyżby Lemmy dopisał drugą część do Orgasmatrona? A może już zapowiedź March Or Die? Chyba nie. Tak naprawdę - sami jesteśmy liżącymi czyjeś łapy psami, sprzedając siebie, swoich bliskich, swoje ideały systemowi, w który nas wtłoczono. Znów strasznie punkowo się zrobiło - co, nie? a może to tylko refleksja dojrzałego faceta, który ma nam do powiedzenia coś więcej niż inni... No, dobra. Skończmy chrzanić. Bo więcej było dotąd o części pisanej tej płyty, niż "zagranej", ale muzyki nie da się przekazać słowami. To trzeba posłuchać. I chyba nadszedł najlepszy czas ku temu. Pora na No1 tej płyty. Gdy usłyszałem refren - to było na imprezie, o której już wam pisałem - coś się zakręciło gdzieś tam w środku. I bynajmniej - nie był to nadmiar wypitego trunku sprokurowanego na bazie zgniłych jabłek. Takiego hiciora jeszcze nie słyszałem. Czemu "All For You" nie lata do dziś po rozgłośniach radiowych? Zapuśćcie go w swoim samochodzie. Nawet wasz wiekowy trabant rozpędzi się do dwóch setek. Teraz już wiem, skąd tyle zdjęć Lemmy'ego ze słodziutkimi laseczkami widujemy tu i ówdzie - któraż nie dałaby się wziąć na TAKI kawałek? All For You - to nie tylko uczucia. Ten gość wie, jak ostro ludźmi zakręcić. Tu wszystko gra jak trzeba. Znów zajebista solóweczka - Wurzel i Campbell znakomicie wypełniają przestrzeń - pomysł z dwiema gitarami był wyśmienity, szkoda, że band z niego zrezygnował po kilku latach. No i na koniec coś, co was naprawdę przestraszy. Pająki? Szczury? Każdy ma coś, czego się lęka. Ale - kto potrafi naprawdę przenicować wasz mózg? Tylko "Boogeyman". Bójcie się i - słuchajcie. To znakomity utwór, piękną klamrą spinający całą płytę w całość. Łatwo zrozumiecie, co chcę powiedzieć, gdy włączycie repeat w swoim odtwarzaczu. Chwała Lemmy'emu za tę płytę. Mieliśmy co słuchać, gdy kapela zamilkła na kila lat, potrzebnych na przewiezienie gratów do ciepłych krajów. Ocena - (przynajmniej) 4,5.

Spis recenzji