© M4c



Opis płyty

M4c

       Rozpędzona, dudniąca lokomotywa. Taka jak okładka, jest również cała ta płyta. Brzmienie jest tutaj... wyjątkowe. Atmosfera jest wręcz momentami dusząca, ciężko złapać oddech. Sądzę, że jest to najbardziej metalowa płyta. Złożyło się na to kilka czynników...
       Podstawową rzeczą jest niemalże całkowita zmiana składu (no oczywiście oprócz Lemmy'ego) w stosunku do poprzedniej płyty (ocena możliwości tego nowego składu była już możliwa na składance "No Remorse", ale nie w takim stopniu). Szczególnie nowy perkusista Pete Gill jest tutaj szczególnie słyszany. Bo Wurzel z Campbellem są jeszcze na tej płycie trochę schowani. Dopiero na następnej pokażą w pełni na o co ich stać.
       Ale myślę, że przede wszystkim na całość płyty miał duży wpływ Bill Laswell. Ten producent i muzyk zawsze tworzył (i tworzy) rzeczy nieco z boku istniejących kanonów. I chociaż znany jest raczej w innych kręgach niż metalowo-punkowych (muzyka elektroniczna, ambient i różne inne eksperymenty), to zdarzyło mu się kilkakrotnie zgrzeszyć w tymże kierunku. Podobne brzmienie można usłyszeć na przykład na płycie Ramones "Brain Drain" lub Iggy Popa "Instinct", które również produkował Laswell. Bębny są wysunięte przed całą resztę, a całość brzmi prosto i czadowo, ale bywa też, że momentami nieco monotonnie.
       "Orgasmatron" to przede wszystkim dla mnie i chyba dla większości utwór tytułowy, który jest całkowitą klasyką. Był i jest ciągła inspiracją dla innych muzyków (chociażby słynna wersja tego utworu wykonana przez Sepulturę). Zarówno muzyka, która brzmiała wtedy jak nic przedtem, jak i bardzo dobry, wpadający w ucho tekst, sprawiły, że o Motorhead zaczęto po kilku latach przerwy znowu głośniej mówić. Trzy zwrotki, każda opowiada o czym innym i w każdej Lemmy piętnuje co innego. W pierwszej jest mowa o religii, druga jest o polityce, a trzecia o wojnie. Samo słowo "orgasmatron" zostało użyte kiedyś po raz pierwszy w filmie Woody Allena, który rozgrywał się w przyszłości. Tak nazywała się maszyna, do której się wchodziło aby przeżyć... orgazm. Ale Lemmy użył tego słowa nie znając wcześniej w ogóle filmu i u niego nie ma to nic wspólnego z żadną maszyną - "I am the one, Orgasmatron, the outstretched grasping hand..." i dalej "...my name is called religion, sadistic, sacred whore".
       Ta płyta, to nie tylko "Orgasmatron", w zasadzie większość utworów zasługuje na uwagę, a szczególnie "Deaf Forever", "Mean Machine", "Built For Speed" i "Doctor Rock". W tym pierwszym są fajne chóralne okrzyki. Podobne pojawiają się w "Claw". W takim "Riding With The Driver" mamy prawdziwy punkowy riff. Co ciekawe, to właśnie ten kawałek miał początkowo dać tytuł całej płycie (stąd też taka okładka), ale ostatecznie nie zabrzmiał na tyle dobrze, by zasłużyć na to miano.
       Generalnie płyta jest dobra, tylko brakuje jej dobrego miksu. Lemmy był mocno wkurzony, ponieważ płyta brzmiała znacznie lepiej w pierwszej wersji. Dopiero gdy Laswell zrobił miks w Nowym Jorku, wszystko zabrzmiało inaczej i nie pozwolił już sobie na żadne poprawki.
       To, że płyta mogłaby lepiej zabrzmieć świadczą chociażby wersje koncertowe tych kawałków, albo chociażby wersje z sesji dla BBC, które są po prostu za-ry-pis-te!

Spis recenzji
start | informacje | na stronie | nowy album | biografia | kalendarium | składy | albumy | single | kompilacyjne | koncertowe | boksy | wideo | składanki | tribute | teksty | tłumaczenia | tabulatury | galeria | tapety | lemmy | wallis | fox | philthy animal | fast eddie | robbo | wurzel | wizzo | frank | dee | formularze | wyniki | recenzje | koncerty | grafika | zdjęcia | konkurs | forum | linki | banery | info