© M4c



Opis płyty

M4c

       To jest ciekawa płyta, chociaż nie należy do moich ulubionych. Pod wieloma względami można ją porównać do poprzedniej, znakomitej "1916". Są to jednak tylko pozory...
       Jest to druga i ostatnia płyta wydana przez firmę Sony, która jednak tym razem olała niemalże całkowicie promocję płyty. Większość rzeczy zespół musiał sfinansować sam lub przy udziale kogoś innego. A utwory z tej płyty, w tym potencjalny przebój "I Ain't No Nice Guy", nie były puszczane w radiu.
       Peter Solley został ponownie producentem większości nagrań, ale tym razem moim zdaniem się nie popisał. Brzmienie jest jak dla mnie zbyt wygładzone i płaskie, brak mi jakiegoś kopa w tym wszystkim. Uważam wręcz, że to właśnie produkcja miała wpływ w jakichś 60% na niższy poziom tej płyty.
       Podobnie jak na "1916" tak i tutaj pojawiła się ballada, a ostatni utwór tytułowy jest jakby kontynuacją tytułowego nagrania kończącego poprzednią płytę. Jednakże poziom utworu "March Or Die" jest słabszy od świetnego "1916". Jest trochę zbyt monotonny. Na szczęście wspomniana ballada "I Ain't No Nice Guy" jest wyróżniającym się utworem na płycie.
       I tu kilka ciekawostek...
       Na "I Ain't No Nice Guy" zaśpiewał w duecie z Lemmym sam Ozzy Osbourne. Podobno chciał ten utwór dla siebie, ale Lemmy się nie zgodził. Natomiast już inny kawałek, "Hellraiser" (jedyny wyprodukowany przez Billy Sherwooda), do którego Lemmy napisał tekst, został stworzony dla Ozzy'ego i wykorzystany w pierwszej kolejności na jego płycie "No More Tears". Muzykę do niego napisał już sam Ozzy ze swoim genialnym gitarzystą Zakkiem Wylde'm. Lemmy w tym czasie napisał jeszcze kilka innych tekstów dla Osbourne'a, które to on później wykorzystał na swoich dwóch albumach. Lemmy dostał za te kilka tekstów podobno większą kasę niż przez cały okres istnienia Motorhead!!! "Hellraiser" ponadto został wykorzystany do horroru "Hellraiser III - Hell On Earth" i właśnie w celu promocji tego filmu stworzono do niego teledysk (a propos, do "I Ain't..." też jest teledysk).
       Kolejną ciekawostką jest to, że na płycie w dwóch utworach solówki zagrał Slash z Guns'n'Roses - we wspomnianym "I Ain't No Nice Guy" oraz "You Better Run" (to ta w duecie z Lemmym). A wykonał je na "setkę", bez żadnego przygotowania. Wszedł do studia i po prostu zagrał. Niezły wypas... Ale nie napisałem jeszcze o najważniejszej rzeczy... W trakcie nagrywania tej płyty z zespołu został wyrzucony nieodżałowany, długoletni perkusista Philthy Animal Taylor. Powodem tej decyzji było dziwne zachowanie Philthy'ego, które objawiało się coraz częstszymi zanikami pamięci. Zaczynał grać kawałek w jednym rytmie, a kończył w zupełnie innym. Zespół musiał więc znaleźć zastępstwo.
       Początkowo był to Tommy Aldrich, który nagrał większość partii bębnów. Nie wiedzieć czemu we wkładce do płyty nie jest on w ogóle uwzględniony. Natomiast jako gość wymieniany jest (a także widnieje na zdjęciach) Mikkey Dee, który w rzeczywistości zagrał tylko w jednym utworze - "Hellraiser", ale po sesji zaraz został pełnoprawnym członkiem zespołu. Przy tworzeniu tej płyty brało więc udział aż trzech bębniarzy: Aldrich, Dee i również Taylor, który zagrał, niezbyt zresztą skomplikowaną partię, do "I Ain't No Nice Guy".
       Przejdźmy do pozostałych utworów... Na płycie znalazł się całkiem niezły cover Teda Nugenta "Cat Scratch Fever". A oprócz niego i dwóch wcześniej wymienionych ("Hellraiser", "I Ain't...") należy zwrócić uwagę na rozpoczynający "Stand" oraz interesujące riffy w "Bad Religion" i "Asylum Choir".
       Słuchając "You Better Run", lubianego przez Lemmy'ego i granego na koncertach, można odnieść wrażenie, że już gdzieś się go słyszało. Mi osobiście się kojarzy z "Hoochie Coochie Man" Willie Dixona, który to utwór Motorhead też kiedyś wykonywali.
       Na koniec chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na niedoceniany raczej kawałek, który ja akurat polubiłem od pierwszego momentu i w dalszym ciągu bardzo lubię, a mianowicie "Too Good To Be True". Fajny, wesoły rock'n'roll, który zawsze poprawia mi humor. Myślę, że w dalszym ciągu jest moim ulubionym kawałkiem z tej płyty.
       Podsumowując... jest to interesująca płyta, nagrana jednak w niezbyt wesołych okolicznościach i z nie za dobrą produkcją. Gdyby tak nagrać ją raz jeszcze, mogłaby się okazać mocną pozycją w dyskografii Motorhead.

"Metal Hammer" nr 9/92 - Roman Rogowiecki

       No i co zrobił Ugly Uncle Lemmy? Nie wiem, ale nie jest to chyba epokowe dzieło. Wszyscy liczyli na "coś", a jest kolejny LP Motorhead. Nie gorszy niż poprzednie, ale taż, niestety, nie lepszy. Będę szczery, to jest dla mnie płyta dwóch numerów! "Bad Religion" to zacny temat, tak rąbiący Motorhead lubię i cenię. Drugi numer to "zdrada". Chodzi o balladę "Ain't No Nice Guy", która może się ścigać w swym lamencie z "Knockin" Guns'N'Roses. Lemmy śpiewa, Ozzy dośpiewuje, a Slash pruje w gitarę w stosownej solówce. To jest hit jakiego jeszcze w piętnastoletniej karierze Motorhead nie było. A co z resztą? Reszta jest przeciętna i mało pociągająca. Utwór tytułowy może doprowadzić słuchacza do depresji swą manierycznością i minimalizmem. Czasami debilizm Motorhead trochę mnie razi i tak jest w tym przypadku. Lemmy jest coraz starszy i zgorzkniały, co słychać w tekstach i racją jest, że chyba ludzkość niedługo sama się wykończy. Wolę jednak słyszeć te hasła w wydaniu Dave'a Mustaine'a i jego "trzeźwego" Megadeth. Klarowna produkcja to zaleta tych nagrań, ale to trochę za mało by dać temu więcej jak 2 punkty. No, może z sentymentu tych miłych chwil jakie przeżyłem kiedyś w londyńskim mieszkaniu Lemmy'ego dam... 3.

Lux Raven

       Od tego wszystko się zaczęło. Pamiętam jak dziś pożyczyłem kasetę od mojego kumpla, który grał na gitarze. To było coś!!! Nie mogę się jakoś zgodzić z krytyką tego albumu, dlatego zresztą napisałem. Dla mnie takie kawałki jak A'int... , Hellraisers to kanon słuchania MOTORHEAD. Nie zapomnę do dzisiaj jak siedząc w wannie darłem się "Hellraisers!!!" To wszystko, co chciałem napisać, a reszta to muzyka MOTORHEAD. MUZYKA, KTÓRA SAMA SIĘ BRONI!!!!!!!

vomit

       March or die obok 1916 dwie ulubione moje płyty! Dlaczego? Nie wiem k...a! ALE tak JEST? Może dlatego, że gdy wyszły te dwie płyty potrzebowałem kopa w życiu i one mi go dały! Chyba tak sentyment z mojej strony nie pozwala ocenić mi tych płyt źle. Ale jak może oceniać płytę fan MOTORHEAD za jakiego skromnie się uważam. Jestem bezkrytyczny!!! MOTORHEAD nie nagrał nigdy płyty złej czy słabej! Dlatego mogę mówić tylko o płytach ulubionych, a takimi są MARCH OR DIE i 1916.

Spis recenzji