© M4c


Berlin (Niemcy) - Columbiahalle
03.12.2007 r. (poniedziałek)

bilet/ticket


SET LIST:
Dr Rock
Stay Clean
Be My Baby
Killers
Metropolis
Over The Top
One Night Stand
I Got Mine
Born To Raise Hell
Sword Of Glory
Rosalie
In The Name Of Tragedy + Drum Solo
Just 'Cos You Got The Power
Going To Brazil
Killed By Death
Iron Fist
---
Whorehouse Blues
Ace Of Spades
Overkill



     Kolejna wyprawa do Berlina. Powtórka prawie dokładnie sprzed roku i prawie w tym samym składzie.
Przed koncercikiem jeszcze wizyta w nowym Media Markt przy Alexanderplatze, gdzie udało mi się zaopatrzyć w podwójne nieoficjalne DVD "Videography" (polecam tylko dla maniaków). No a później tradycyjne uzupełnienie płynów, durumy i już jesteśmy przed Columbią. Bilety wyprzedane były już na jakiś miesiąc przed koncertem. Motörhead ciągle rośnie w siłę u naszych zachodnich sąsiadów. Kiedyś przed latami pamiętam, że zakup biletu przed koncertem nie był większym problemem, a teraz proszę... Myślę, że jak tak dalej pójdzie, to może się skuszą kiedyś na dwie daty z rzędu w Berlinie. Ale lepiej by było gdyby przyjechali do nas, bo myślę, że nasi rodacy też zawsze w Berlinie podwyższają frekwencję.
Na wejściu macanko, ale i tak kumplowi udało się przenieść sprytnie aparacik i przez to mamy trochę zdjęcionek i krótkich filmików. Merch był całkiem spory, bo oprócz Motorów były jeszcze stoiska pozostałych kapelek. W związku z tym, że nie była to trasa promocyjna żadnej nowej płyty Motorów, to koszulki były w bardziej klasycznym stylu (albo np. z dodatkowym napisem "Gimme Some Motörhead"), niektóre w stylu vintage. Ceny standardowe.
Sama scena zawalona sprzętem - komplet trzech zestawów perkusyjnych i pieców robił niezłe wrażenie. Ledwie się ulokowaliśmy na balkonie, a już wchodziła pierwsza kapela.

Valient Thorr      Valient Thorr - Na początek coś nowego - amerykańska grupa Valient Thorr. Kapelka wcześniej mi nieznana. Ciekawostką było to, że sprzedawali swoją płytkę tylko w wersji winylowej. Zaczęli punkt 19:00 i grali jakieś 25 minut. Generalnie wrażenia niejednoznaczne. Kapelka ma image z lat 70-tych, bardzo stonerowy rzekłbym - dżinsowe kataszki bez rękawów, wąskie dżinsy, wszyscy mieli coś długiego... no, o włosy i brody mi chodzi (zwłaszcza brody część z nich miała "po zbóju"). Rock'n'roll pełną parą, piwo i pot. Wypadli mimo to średnio. Myślę, że znacznie ciekawiej wyglądaliby w małym, ciasnym klubie. Przez cały koncert komuś dziękowali - wszystkim zespołom z nimi grającym, ekipom technicznym itp. (grali na sprzęcie Skew Siskin i im najbardziej dziękowali). Najlepszy był moment kiedy wokalista ściągnął górne wdzianko i zaciągnął się oparami spod własnej pachy, prawie jak Kevin Kline w "Rybce zwanej Wandą". ;-D

Skew Siskin + Ivan Kral      Skew Siskin - Po raz kolejny w roli supporta Motorów i można powiedzieć, że ich bardzo dobrzy przyjaciele - Skew Siskin. Kiedy pierwszy raz ich widziałem w 2003 roku wypadli przeciętnie. Tym razem było naprawdę w dechę. Rock'n'roll na wysokim poziomie. Nina C. Alice na samym początku wyskoczyła w... mundurze (wybaczcie ale nie jestem w stanie powiedzieć co to był za mundur) i czarnych okularach. W taki sposób wyśpiewała pierwszy kawałek i przy rozpoczęciu drugiego zaczęła szybkimi ruchami zdzierać przebranie. Wszystko poszło gładko, oprócz jednej nogawki, w którą się zaplątała i walczyła z nią przez pół kawałka. To było chyba widać tylko z części balkonu i było naprawdę zabawne. Ciekawie wyglądał basista z dredami do pasa, nie wiem naprawdę jak to się stało, że nie wplątały mu się w struny. Nina tym razem wróciła do starego image'u, tzn. czarnych włosów. Jak już wspomniałem zagrali bardzo fajnie, w tym kilka starszych kawałków z "If The Walls Could Talk" na czele. Nie mogło także zabraknąć napisanego wspólnie z Lemmym "B4". Wystąpił z nimi również gość (gitarzysta) w utworze "I Don't Care". Podczas koncertu nie zrozumiałem ani nie poznałem któż to taki, ale już wiem - był to Ivan Kral, który niegdyś współpracował m.in. z Patti Smith i Iggy Popem (zagrał on również gościnnie we wspomnianym kawałku na ostatniej płycie Skew Siskin "Peace Breaker"). Zagrali w sumie ok. 30 minut.

Overkill      Overkill - Przyszedł czas na wyższą ligę. Sprzęt Skew Siskin wyprowadzono bardzo sprawnie i po 10 minutach, tj. ok. 20:10 na scenę wkroczyła amerykańska legenda thrash metalu - Overkill. Dłuższy wstęp instrumentalny (podobno z Robocopa) i zaczęła się jazda. Oczywiście od razu nastąpił skok jakościowy jeśli chodzi o brzmienie i przede wszystkim efekty wizualne. Z tymi drugimi od razu powiem, że trochę przesadzili. Konkretnie ze stroboskopami, były zdecydowanie za często używane i wpłynęły poniekąd na całą moją ocenę ich występu.
Tutaj muszę wtrącić małą refleksję... Overkill był jednym z wielu zespołów, na których się wychowywałem w młodości. Wtedy ich lubiłem, znam ich kilka pierwszych płyt, najbardziej ceniłem zwłaszcza "Taking Over" i "Under The Influence". Później jednak moje zainteresowania nimi osłabły i nowszych płyt praktycznie nie znam. Dlatego nie będzie wam dane przeczytać listy wszystkich kawałków.
Zespół promował najnowszą płytę "Immortalis" i coś z niej zagrali. Ale były też klasyczne "Rotten To The Core", "Fuck You" czy "Elimination". Jak dla mnie to mogli więcej staroci zagrać, ale wiadomo nie można mieć wszystkiego w tak krótkim czasie. Zabawny był wokalista Bobby "Blitz" Ellsworth, który co chwilę schodził ze sceny i co chwilę sobie coś poprawiał w gaciach. Zwróciłem też uwagę, że bardzo dużo śpiewali pozostali członkowie kapeli, zwłaszcza basista DD Verni miał najbardziej donośny głos i obok Blitza robił największy show. Ale nie dziwi nic, w końcu to ostatni, którzy pozostali z klasycznego składu. Byłem ciekaw jeszcze czy zagrają "Overkill", ale chyba to raczej nierealne, bo i czasu mało i nie ma co za bardzo się podlizywać publice, a z resztą ten kawałek przecież miał jeszcze tego wieczoru zabrzmieć w tej sali. No i spełniło się to o czym myślałem pod koniec wieczoru, tylko trochę w inny sposób, ale o tym poniżej...
Grali do 21:05 i muszę stwierdzić, że jeśli chodzi o mnie, to średnio mi się podobali. Taki trochę przerost formy nad treścią. Ale wiem, że kolegom się podobało.

Lemmy      Motörhead - No i przyszedł w końcu czas na danie główne, tak wyczekiwane przez trzyipółtysięczną publikę zgromadzoną w Columbiahalle. Wcześniej jeszcze soundcheck. No właśnie, tym razem był pełny, a nie tak jak ostatnio. Chociaż Lorenzo też nie było. Czyżby zrezygnowano z jego usług, a może wiek już i zdrowie nie takie (ci co nie wiedzą o czym piszę zapraszam do relacji z ubiegłego roku)?
W każdym razie o 21:30 weszli na scenę w tradycyjnym "rynsztunku", Phil "Zimno-mi-w- głowę" Campbell, Mikkey "Tleniona-blondynka" Dee, Lemmy "Zaczynam-chyba-łysieć" Kilmister. I love you guys! ;-P No i zaczęło się. Było częściowo tradycyjnie, częściowo przewidywalnie, ale było też kilka niespodzianek. Na początek secik jak przed rokiem, tj. "Dr Rock", "Stay Clean", "Be My Baby", "Killers", "Metropolis", "Over The Top", "One Night Stand", "I Got Mine". Ale w odróżnieniu od tamtego roku tym razem brzmienie było zdecydowanie lepsze. Nie wiem, czy to za sprawą lepszego miejsca jakie zajęliśmy, czy też po prostu ekipa techniczna wykonała profesjonalną robotę. Było naprawdę dobrze. W zasadzie słyszałem wszystko jak należy - wokal, gitarki, gary, brzmiały jak na tą salę i ten zespół wręcz genialnie. Jak już wspomniałem było kilka niespodzianek. Pierwszą z nich był dawno nie grany hicior "Born To Raise Hell" i to w towarzystwie Niny ze Skew Siskin. Tak samo jak chociażby na płytce koncertowej "Everything Louder Than Everything Else". Wspaniale...
Ciekawostką jest również to, że grają w dalszym ciągu kawałek Thin Lizzy "Rosalie", ale zwróciłem uwagę dopiero teraz, że jest on jednak trochę krótszy od oryginału.
Kolejnym utworem był "...Tragedy". No i cóż, kawałek się zaczyna, chłopaki grają, publika szaleje, Krzych postanawia włączyć nagrywanie filmiku w aparacie, bo widzi jak się kotłuje pod sceną i nagle znienacka Phil i Lemmy schodzą ze sceny, a na placu boju zostaje sam Mikkey i zaczyna napierdzielać swoją solówkę. A to niespodzianka! Wcześniej z kumplem ustaliliśmy, że dam mu sygnał jak będzie solówka Mikkey'a w "Sacrifice", żeby ją nagrał, a tu taka zmyłka. Po raz pierwszy słyszę solówkę w "In The Name Of Tragedy". No i cóż, niespodzianka miła, bo zawsze lubię jak coś jest nowego i niespodziewanego. Ale, ale... Po pierwsze solówka identyczna jak dotychczas (ale jak zwykle na poziomie i to się ceni), po drugie wejście i zejście do pierwotnego kawałka wyszło gorzej niż przy "Sacrifice" (to można przeboleć), po trzecie i to najważniejsze... nie zagrali "Sacrifice", a to uważam za duży błąd.
Motorhead Ale tak to już jest, że nie da się wszystkiego zobaczyć i usłyszeć kiedy ma się tyle świetnych kawałków i w zasadzie każdy się broni. Osobiście, i pewnie nie tylko ja, ułożyłbym inną set listę, ale to nie my jesteśmy Motörhead i nie my decydujemy. Ale chwała im za to, że coś zmieniają.
Ale wróćmy do koncertu... Kolejny - "...The Power". To zawsze był dla mnie taki średni kawałek. Ale muszę stwierdzić, że wprowadza trochę "powietrza" w cały secik i wprowadza też w pewien trans.
Po lekkim odpoczynku czas na dawkę rock'n'rolla w czystej postaci - "Going To Brazil". A zaraz potem już sztandarowe hity "Killed By Death" i "Iron Fist". I jak zwykle w tej sytuacji, krótka przerwa.
Za moment już są i jak to przyzwyczaili nas od czasu "Inferno", zaczynają bisy od bluesiora. Skąpani w czerwonym świetle grają "Burdelowy Blues". Ale i tym razem mała niespodzianka... Mikkey oprócz gitary obsługuje również stacyjkę i hi-hata z tamburynem - dum tsy dum tsy dum tsy... Dotychczas grał tylko na akustyku, a teraz... dać mu jeszcze trąbkę i będzie człowiek orkiestra ;-) Podsumowując całą sytuację, to było naprawdę super, brawo Mikkey!!!
Jeszcze jedna historyjka, która miała miejsce podczas tej części koncertu, a dotyczy Phila. Przez część "Whorehouse Blues" strasznie gestykulował i coś krzyczał do swojego technicznego. W pewnym momencie Roger rozłożył tylko ręce w geście zrezygnowania - "sorry Wizzo, nic się nie da zrobić...". Trudno powiedzieć czego to dotyczyło, ale być może odsłuchów, bo wcześniej kilkakrotnie dawał znaki, że siebie nie słyszy.
No ale teraz czas już na końcowe misterium... "Ace Of Spades" - no comments... A potem oczywiście "Overkill", ale tym razem komentarz być musi... Bo oto na scenę wpada Bobby Blitz, by wspólnie z Lemmym pozdzierać gardło przy tym klasyku. Kiedy kończą się partie wokalne nagle Blitz rzuca się w tłum. Gościu ma przecież swoje lata, a tu taka decyzja. Respect... Po jakimś czasie techniczni wyciągają go z tłumu, a Lemmy zerka tylko pod scenę i za chwilę odstawia statyw Blitza. Trzeba przecież dokończyć to co się zaczęło. Tradycyjnie po trzecim zakończeniu panowie sprzęgają sprzęt, rozrzucają gadżety, kłaniają się i za chwilę już ich nie ma.
Bardzo ładnie, panowie, bardzo ładnie!!! Świetny set... jak zwykle.

     Pozostaje nam jeszcze kilka fotek w środku, wyjście w ścisku (nie rozumiem czemu nie zorganizują jakiegoś drugiego wyjścia z balkonu, wydaje mi się, że miejsce by się znalazło) i później kilka fotek na zewnątrz i pędzimy zmarznięci do samochodu. Do domu tym razem docieramy bez przygód.

M4c

     P.S. Pozdrowionka: Krzych, Krzych, Grzech i Jacek!!!

M4c, Krzych, Grzech Krzych, M4c, Grzech