© M4c


Berlin (Niemcy) - Columbiahalle
05.12.2006 r. (wtorek)

bilet/ticket


TRACK LIST:
Dr. Rock
Stay Clean
Be My Baby
Killers
Metropolis
Over The Top
One Night Stand
I Got Mine
In The Name Of Tragedy
Sword Of Glory
Snaggletooth
Rosalie
Sacrifice + drum solo
Just 'Cos You Got The Power
Going To Brazil
Killed By Death
Iron Fist
----------
Whorehouse Blues
Ace Of Spades
Overkill



     "Zobaczyć Motorhead i umrzeć", cholera, nie pasuje takie hasło na początek, bo już bym musiał umierać 6 razy!!! ;-)
     "Zobaczyć Motorhead w Berlinie i umrzeć", no też nie pasuje, bo widziałem ich w Berlinie już po raz trzeci! A poza tym co tam Berlin...
     To może inaczej... "Zobaczyć Motorhead i stracić 5% słuchu", albo "Zobaczyć Motorhead w Berlinie i stracić 10% słuchu". O, to już pasuje! To wychodzi, że straciłem już... 45% słuchu ;-) No nieźle... Co?!! Coooo?!!!!!!

     Kolejny raz Berlin i kolejny raz Columbiahalle. Czy warto było? Sami oceńcie...
     Wyjazd w składzie czteroosobowym. Kumple jechali na Motorheadów po raz pierwszy i nie wiedzieli czego się do końca spodziewać. Kebaby i kilka browarów przed koncertem i humorek dopisywał. Po wejściu na salę od razu skierowaliśmy się na merchandising. Ceny takie jak zwykle. Były trzy koszulki promujące trasę "Kiss of Death", każda z inną grafiką z ostatniej płyty. Ale nie podobały mi się i kupiłem ostatecznie klasyczną "England".
     To koniec tego pitolenia, przejdźmy do konkretów...

     Pierwszy support mnie zaskoczył. Tzn. w tym sensie, że zagrali jako pierwsi, a w zasadzie zagrały jako pierwsze... Byłem przekonany, że Meldrum, czyli 3 laski i jeden faciu, jako znajome Lemmy'ego i już co nieco znane w kręgach fanów Motorhead, będą grały przed samym headlinerem. Ale tak to sobie wymyślili. Dziewczyny (będę się upierał przy tym, że to damski zespół ;-)) zagrały całkiem porządny rock'n'roll z wykopem, czyli to co "męcizny lubiom najbajdziej". Poza tym, jak to bywa przy damskich kapelach, wyglądały jeszcze lepiej niż grały. Liderka - gitarzystka, amerykanka Michelle Meldrum, kiedyś grała w takiej babskiej kapeli Phantom Blue. Reszta ze Szwecji ("Tonicżezeszwecji" ;-))). Wokalistka, Moa Holmsten, to lalunia w sam raz dla Lemmy'ego - hot, spicy and dangerous (tzn. z dużymi balonami ;-)), zresztą pozowała już z nim do magazynu Maxim. Basistka, Frida Stahl, to normalnie wysoka blondyna z dłuuugimi włosami i dłuuuuuugimi nogami (1st class chick!!!). W trakcie występu Moa rzucała tekstami w stylu: "Hej, czy ktoś chciałby mnie zabrać do domu po koncercie?" Yeeeaaah!!!, "A może, ktoś by chciał zabrać Firde po koncercie?", Yeeeaaahh!!!
     Ale kończąc już ten jakże sympatyczny wątek, dorzucę jeszcze, że w przerwie po koncercie drugiej grupki, panie sprzedawały gadżety i rozdawały podpisy i... całusy. No, ten tego, mi też się jeden trafił od Michelle :-P. A płytka "Loaded Mental Cannon", oczywiście z podpisami, mile mnie zaskoczyła, gdy już jej słuchałem na drugi dzień - w sumie bliżej temu do Black Label Society, niż do np. Nashville Pussy.

     Druga kapela nazywała się WE. Nie znałem jej wcześniej, dlatego nie wiedziałem czego się spodziewać. No i nie powiem, zaskoczyli mnie. Bo nie dość, że muza była ciekawa, to jeszcze image mieli odjechany. Wokalista wyskoczył w pióropuszu, później jeszcze się przebrał za jakiegoś szalonego doktorka, klawiszowiec też miał jakąś pelerynkę. A zagrali klasycznie, zalatywało mocno latami 70-tymi. Trochę stonerem, ale miało swój klimat. Ich płytkę ("Smugglers") także kupiłem i co się okazało... warto było. Okazało się także, iż jest to zespół norweski. A ciekawostką niech będzie to, że współproducentem płytki jest niejaki Chris Goss! Dla niewtajemniczonych - jeden z ojców chrzestnych stoner rocka.

     Przyszedł w końcu czas na naszych pupilków. Zaskoczył mnie bardzo krótki soundcheck, w ogóle nie było "pana ze skrzyneczką", czyli Mr. Lorenzo. To być może było przyczyną późniejszych problemów dźwiękowych właśnie z wokalem Lemmy'ego. Ale to tylko takie moje wymysły...
     Zaczęli "Dr Rock", a nie jak na kilku wcześniejszych koncertach "Rock'n'roll". No i właśnie wszystko zabrzmiało dobrze oprócz wokalu. Niestety był za głośno i momentami wpadał w nieprzyjemny rezonans. Na szczęście więcej minusów nie było :-D
     Świetnie wypadły nowe kawałki - wszystkie - "Be My Baby", "One Night Stand" i "Sword Of Glory", ale także te z boskiego Inferno! Jestem wielkim zwolennikiem zmieniania set listy. Głównie pewnie dlatego, że gdy już się widzi ich po raz kolejny, to nie ma się szczególnej ochoty na ciągle te same kawałki i największą przyjemność sprawiają właśnie te nowości. Albo stare kawałki, które nie były dawno lub w ogóle grane. Do takich perełek tym razem zaliczyć można dwa... "Snaggletooth" - Lemmy powiedział, że grają ten kawałek po raz pierwszy!!! No i "Rosalie" - coverek Thin Lizzy, dedykowany oczywiście Lynottowi, rewelacyjny kawałek w rewelacyjnym wykonaniu! Brawo Lemmy i spółka!!! Błagam - nagrajcie to w studiu!!!
     Tymczasem są też stałe punkty programu. Pierwszy z nich, to "Sacrifice" i solówka Mikkey Dee. Niby taka sama co zwykle, ale jakże wspaniale było ją usłyszeć. Potem następuje wymiana gitar. Zarówno Phil jak i Lemmy zakładają "płomienne" Minarik Inferno. Jeśli u Phila to nic nowego, to Lemmy'ego widzę po raz pierwszy z inną gitarą niż jego ukochane Rickenbackery. W ten sposób grają "...The Power". Następnie wyskakują na scenę dwie laski, z tego jedną jest wspomniana wcześniej Moa z Meldrum. Razem wyśpiewują z Lemmym "Killed By Death".
     Końcówka koncertu jest już dobrze znana. Na początek cudny blusiorek w czerwieni, potem już nie ma zmiłuj - "Ace Of Spades" i "Overkill". Przy tym ostatnim odniosłem kilkakrotnie wrażenie jakby przeleciał mi prąd po plecach. Cholera, chyba się wtedy za bardzo rozczuliłem, no nie pamiętam kiedy ostatnio tego doświadczyłem. Do tego poczułem straszliwy niedosyt, że to już koniec.

     Z powrotem jak zwykle nie obyło się bez przygód. Na autostradzie natrafiliśmy na konwój - Niemcy wieźli części od wiatraka i zajęli dwa pasy ruchu. Pozostało nam spokojnie jechać za nimi. A kilka kilometrów od granicy zachciało im się zjeżdżać z autostrady, przez co zablokowali na prawie godzinę cały ruch. Środek nocy, na niemieckiej autostradzie, a w uszach dalej buczy... Overkil!!!

M4c

     P.S. Pozdrawiam załogę, z którą po raz pierwszy, ale już wiem, że nie ostatni dane mi było wybrać się na koncert: Krzych, Krzych i Grzech, jeszcze raz wielkie dzięki!!! See you on the road!

M4c+Krzych+Krzych