© M4c


Warszawa (Polska) - Klub Stodoła
13.06.2006 r. (wtorek)

bilet/ticket


TRACK LIST:
Dr. Rock
Stay Clean
Love Me Like A Reptile
Killers
Metropolis
Over The Top
No Class
I Got Mine
Dancing On Your Grave
In The Name Of Tragedy
Ramones
Sacrifice
Just 'Cos You Got The Power
Going To Brazil
Killed By Death
Iron Fist
----------
Whorehouse Blues
Ace Of Spades
Overkill



     Koncert Motörhead. Ile ja na to czekałem! Już od dłuższego czasu kombinowałem by zobaczyć ich na żywo. Wizyta w Warszawie w 2004 roku została odwołana, na ich koncert w Berlinie nie pojechałem ze względów finansowych... Gdy w połowie marca dowiedziałem się, że wystąpią w warszawskiej Stodole, powiedziałem sobie "nie odpuszczę!". I choć było bardzo wiele problemów związanych z wyjazdem, już przez chwilę było wiadome, że nie pojadę to jednak udało się i dnia 13 czerwca 2006 roku wybrałem się do Warszawy by zobaczyć chłopaków w akcji!
     Pod klub udałem się już koło godziny 18:00. Na miejscu była już spora grupka fanów. Gdzieś na pół godziny przed otwarciem bram można było usłyszeć próbę. Próbowałem się dosłuchać jaki numer właśnie grają, i wydaje mi się, że było to "Love For Sale", choć nie jestem pewien. Do klubu zaczęto wpuszczać punktualnie, o 19:30. Jednak na otwarcie sali koncertowej trzeba było poczekać jeszcze ok. 40 minut. Nad sceną wisiała duża płachta ze Snaggletoothem, po środku duży zestaw perkusyjny z centralkami ozdobionymi w okładkę "Inferno", a po bokach całkiem solidny murek pieców i wzmacniaczy.
     Wreszcie o godzinie 20:40 nastąpił ten moment! Na scenę weszli, przywitani gromkimi krzykami i brawami, Mikkey Dee, Phil Campbell i oczywiście Lemmy Kilmister! Ukłonili się, Lemmy rzekł "We are Motörhead and we play rock'n'roll!" i zaczęło się! "Dr. Rock" na sam początek. Niesamowity otwieracz. Już od pierwszych chwil czuć tą niesamowitą chemię między zespołem a polskimi fanami. "Hear me talking, Dr. Rock!!!" wypruwałem z siebie gardło. Po tym numerze przyszła pora na prawdziwą klasykę - "Stay Clean". Pięknie to zagrali, a solo basowe w wykonaniu pana Kilmistera - poezja!! Gdy wydawało się, że już mocniej przywalić się nie da, oni zasunęli "Love Me Like A Reptile" z kultowego "Ace Of Spades"! Zagrali ten numer na przepysznym luzie, świetnie to wyszło. Po tym kawałku przyszła pora na dłuższe przemówienie Lemmy'ego i pierwszy nowszy numer, czyli "Killers". Został przyjęty bardzo dobrze, równie ciepło jak klasyka. A po nim prawdziwa perełka - "Metropolis", rozpoczęty ciekawym baletem w wykonaniu Phila i Lemmy'ego. Zagrali to dużo ciężej jak na płycie, brzmiało to po prostu rewelacyjnie!! Po tej chwili wytchnienia kolejny staroć w postaci "Over The Top"! Grany dużo szybciej niż na wersji studyjnej, z niesamowitym wykopem. Jedna z największych petard całego koncertu. Jak oni dawali radę ciągnąć takie prędkości z taką precyzją? Wielkie pokłony... Mniej więcej w tym czasie Lemmy wziął od jednego z fanów flagę Polski ozdobioną logiem Motörhead, i razem z technicznym rozwiesili ją nad wzmacniaczami. Bardzo ładny gest. Właśnie, Lemmy. Zero jakiejkolwiek gwiazdorki - najsympatyczniejszy facet na Ziemi, który właśnie gra dla kilku kumpli. Następny utwór również należał do serii "klasyczne i niezbyt łagodne" - "No Class". Z kolei kolejna rzecz była prawdziwą niespodzianką. "I Got Mine", pochodzący z niedocenianej przez fanów płyty "Another Perfect Day". Okraszony cięższym niż na albumie brzmieniem, na żywo okazał się całkiem konkretnym walcem. Z tej kontrowersyjnej płyty usłyszeliśmy jeszcze "Dancing On Your Grave". Kolejna w kolejce była następna nowość, czyli rewelacyjnie przyjęte "In The Name Of Tragedy". Naprawdę doskonale to wyszło. Po zakończeniu tego utworu Lemmy opowiedział nam o swoich trzech nieżyjących przyjaciołach, pochodzących z Nowego Jorku. Tymi przyjaciółmi oczywiście byli Dee Dee, Joey oraz Johnny Ramone, którym zadedykowany został utwór "Ramones". Ciężko to sobie wyobrazić, ale zagrali to jeszcze szybciej jak na płycie! Oddechu nie pozwolił złapać również następny w kolejce "Sacrifice". Tutaj swoje pięć minut miał Mikkey Dee. W połowie numeru Lemmy i Phil znikli za sceną, a Dee zagrał rewelacyjną solówkę. Ludzie stali z otwartymi ustami patrząc na to co on wyrabia. Wielkie brawa dla Mikkey'a! Dopiero następny w kolejce "Just 'Cos You Got The Power" dał chwilę na złapanie oddechu. Przed zagraniem tego numeru Lemmy pozwolił sobie na kolejne przemówienie, z którego wynikało, że nie przepada za politykami ;). Sam kawałek okazał się naprawdę potężnym walcem. Zagrali to jeszcze wolniej jak w wersji studyjnej. Tutaj okazję do popisu miał Phil Campbell, który ze swojej gitary wyczarował naprawdę rewelacyjne solo. Dalej Lemmy opowiedział nam o piłce nożnej, wytypował zwycięzcę mistrzostw, po czym kazał krzyczeć dla rock'n'rolla... "Going To Brazil"! Cóż to był za młyn... :) Powoli zbliżaliśmy się do końca. Pięknie wyszedł "Killed By Death" okraszony długą solówką Phila. Następny kawałek został zapowiedziany w dosyć ciekawy sposób: "teraz zagramy ostatni kawałek, ale wy będziecie krzyczeć i klaskać, a my jeszcze wyjdziemy coś zagrać". Taka wypowiedź z pewnością zadowoliła fanów. Ostatnim numerem w podstawowym secie okazał się rewelacyjny "Iron Fist". Po tym numerze Panowie się ukłonili, a my zgodnie z oczekiwaniami Lemmy'ego trochę krzyczeliśmy i klaskaliśmy, by jeszcze wyszli zagrać :). Pierwszym bisem okazał się "Whorehouse Blues", czyli prawdziwa perła z nowej płyty. Phil i Mikkey siedzieli z gitarami akustycznymi po bokach sceny, w środku stał Lemmy, trzymając w ręku harmonijkę ustną. Cudownie to wyszło. A teraz mogło nadejść tylko najlepsze... "Ace Of Spades"! Klasyczny numer, świetne przyjęcie publiki i ten krzyk... "You know i'm born to lose, and gambling is for fools!!!". Takie coś naprawdę pamięta się do końca. Teraz Lemmy przedstawił swoich kompanów. Z dumą mówił o Philu, który w Motörhead gra już 22 lata. "Mikkey Dee - the best drummer in the world" - powiedział, i chyba miał rację... Największe brawa dostał oczywiście Mistrz Kilmister, przedstawiony przez Phila Campbella. Na koniec nie mogło być nic innego jak rewelacyjny "Overkill" z tymi kultowymi trzema zakończeniami. Zagrali to z takim wykopem, z takimi emocjami, że po plecach biegały mrówki a łzy cisnęły się do oczu. To było po prostu wspaniałe.
     Takie koncerty zdarzają się raz w życiu. Lemmy, Phil, Mikkey... Wielki szacunek i wracajcie jak najprędzej! Oby Wasz nowy album był równie piękny jak ten koncert. Born To Lose, Live To Win... !!!

Rafał Wiśniewski