© M4c


Hammersmith Carling Apollo w Londynie, Anglia
27.11.2004 r. (sobota)

bilet/ticket


TRACK LIST:
Dr. Rock
Stay Clean
Shoot You In The Back
Love Me Like A Reptile
Killers
Metropolis
Over The Top
No Class
I Got Mine
In The Name Of Tragedy
Dancing On Your Grave
Ramones
Sacrifice
Just 'Cos You Got The Power
Going To Brazil
Killed By Death
Iron Fist
Whorehouse Blues
Ace Of Spades
Overkill



     Kolejne marzenie spełnione - zobaczyć Motorhead w Hammersmith! Do tego zobaczyć Motorhead po raz drugi w tym samym roku! Z kilku powodów muszę stwierdzić, że warto było, oj warto!

     Zacznę jednak od początku, bo cała historia jest warta opisania... Z całym tym moim wyjazdem, to znowu miałem fuksa. Do Londynu zaprosili mnie moi przyjaciele - Alex (ten Alex!) i Nata, którzy już się zdążyli tam zadomowić na dłużej. Nie dość, że mieszkałem u nich przez tydzień, to jeszcze zafundowali mi bilety na samolot i na sam koncert!!! O innych sprawach nie wspomnę... To się nazywa mieć szczęście... szczęście, że ma się przyjaciół przede wszystkim!

     Zanim jeszcze zacznę opisywać naszych ulubieńców chciałbym w tym miejscu opowiedzieć jedną historię, która będzie moim tłumaczeniem co do ewentualnych błędów i niedopowiedzeń w dalszej części tej opowieści...

     Relacje tą miał napisać Alex i nawet miał ją już napisaną, ze wszystkimi szczegółami, bo większość tworzył na bieżąco podczas koncertu na swoim palmtopie. No cóż, dali jednak znać nasi "kochani rodacy" i kiedy kilka dni później, już po moim wyjeździe, Alex poszedł na koncert naszego KSU w Londynie, ktoś mu zajebał to cacko. Tym samym cała set lista poszła się ciągnąć... Ostatecznie piszę więc ja tą relację i to po dłuższej przerwie...

     Tak więc nie była to tradycyjna podróż turysty do Londynu. Przed wyjazdem nastawiłem się, że chcę zobaczyć miasto trochę od wewnątrz. M. in. zobaczyć kilka miejsc związanych z muzyką i na dalszy plan odłożyć te zwyczajowe miejsca, które odwiedza standardowy turysta. W skrócie - zwiedzałem głównie sklepy muzyczne, komisy oraz ulice i miejsca z muzyką związane. Było więc Soho, Notting Hill ze swoim Portobello Road i Camden Town, było Abbey Road.

Dla niewtajemniczonych poszukiwaczy muzycznych ciekawostek polecam następujące sklepy i komisy: 1. sklepy Virgin Megastore i HMV - dwie sieci, w których można znaleźć zawsze coś fajnego (choć niekoniecznie tanio), największe są przy Oxford Street, 2. komisy na Soho, zwłaszcza przy Berwick Street, polecam komis "Selectadisc", 3. sieć komisów "Music and Video Exchange" - w dzielnicach Soho, Notting Hill i Camden Town, 4. inne komisy przy Portobello Road i na Camden Town (tu także również mnóstwo gadżetów, koszulek itd., chociaż nie zawsze najwyższej jakości).

     Generalnie Londyn ma mnóstwo innych ciekawych miejsc i to dla wszystkich, po prostu każdy coś tam znajdzie dla siebie. A mnie właśnie najbardziej fascynuje ta historia muzyki r'n'r, na którą tam czasami natrafiamy całkiem przypadkowo. Czy to wchodząc do jakiegoś komisu, na którego ścianach lub w gablotach nie raz wiszą różne niezwykle memorabilia, czy też idąc czasami zwykłą uliczką. Tak jak choćby wtedy gdy spacerowałem sobie po Portobello Road… wzdłuż niej same kramy z warzywami i ciuchami, kiedy nagle z daleka zobaczyłem w jednej z prostopadłych uliczek jakiś szyld. Okazało się, że jest to firmowy sklep słynnej zwłaszcza w latach 70/80-tych wytwórni Rough Trade. Innym razem spacerując w dzielnicy Hammersmith Alex pokazał mi słynne studia nagraniowe Riverside Studios, w których nagrywali choćby Sex Pistols. O Camden Town już nawet nie wspomnę, bo ta dzielnica do teraz przesiąknięta jest duchem punk rocka... No i Abbey Road, kolejne słynne studia nagraniowe, obok słynne przejście dla pieszych, po którym spacerowali Beatlesi. To jest właśnie Londyn...

     Wracając do sedna... Koncert odbyć się miał w sobotę 27 listopada. Wszystkie bilety wykupiono już dwa miesiące przed. Na billboardzie obok Motorów była też Sepultura oraz nieznane Class of Zero i The Class.

     Na koncert wyszliśmy trochę późno i gdy byliśmy pod bramami Carling Apollo, bo tak właśnie teraz nazywa się ta słynna hala (niegdyś Odeon, a później Apollo), większość osób była już w środku. W holu zlokalizowano 2 stoiska z gadżetami oraz bary na dole i na górze. Bilety były numerowane i nam się trafił w sumie dość odległy rząd na balkonie. W ogóle byłem zaskoczony dużymi rozmiarami zwłaszcza samego balkonu. Do sali w zasadzie weszliśmy dopiero po zakupie pamiątkowych gadżetów (ceny w sumie takie same jak choćby w Niemczech) i dwóch browarów (na więcej nas nie było stać - pioruńsko drogie!).

     Gdy zagrały pierwsze dźwięki weszliśmy do sali i ku naszemu zaskoczeniu na scenie zobaczyliśmy jakieś małolaty, w tym bodajże dwie nastolatki. The Class, bo tak się nazywali, zagrali jeden kawałek i zeszli ze sceny. Ale całkiem fajnie to wyszło - dzieciaki pozowały na rockandrollowców. Później okazało się, że byli to jacyś uczestnicy reality-show prowadzonego przez lidera Kiss - Gene'a Simmonsa. Potem na scenę wkroczyła kolejna klasa, tym razem zerowa - Class Of Zero. Nie pozostawiła na nas i na większości publiczności dobrego wrażenia - zbyt pozersko wyglądali i grali. Nie będę się więc rozpisywał, bo nie wiem nawet co mam pisać.

     No i w końcu przyszedł czas na PRAWDZIWĄ MUZYKĘ! Sepultura pokazała jak się takową gra... Występ wypadł bardzo fajnie, a ciemnoskóry wokalista nie odstawał od reszty, przygrywając czasami na gitarze. Nie będę ściemniał, że znam ich te nowsze płyty, dlatego nie do końca mogę się do tych rzeczy ustosunkować, ale za to jak zagrali kilka klasyków, to zrobiło się naprawdę "sympatycznie". Było więc Beneath The Remains i Arise, ale najlepiej wypadł Roots Bloody Roots!

     Nawiasem mówiąc Anglicy to dziwny naród i zupełnie inaczej reaguje na koncertach niż chociażby Niemcy czy Polacy. Kiedy kapelka wchodzi na scenę jest burza braw i okrzyków, kiedy zaczynają grać nagle wszyscy cichną i w większości stoją lub, o zgrozo, siadają na fotelach i bez jakichkolwiek większych ruchów oglądają w skupieniu, kończy się kawałek i znowu wiwatują. Kiedy grały wspomniane wyżej zespoły większość siedziała sobie na fotelach. Dopiero gdy na scenę wyszli "tres hombres" cała sala zmieniła się w ułamku sekundy. Wszyscy poderwali dupska z siedzeń i tak już stali do końca. Chociaż opisany wcześniej scenariusz się powtarzał i mało kto w trakcie gdy grała muzyka klaskał, czy też podnosił w górę ręce. Być może było inaczej na dole pod sceną, ale mało z tej odległości widzieliśmy.

     Motorhead zagrali świetny koncert, pełen niezwykłych momentów i niespodzianek. Teraz kiedy to piszę już większość tych niespodzianek przestała nimi być, bo w między czasie wyszło DVD "Stage Fright", dokumentujące koncert z Dusseldorfu z 7-go grudnia i w zasadzie z tego co mi się wydaje set lista była podobna, przyjmijmy nawet, że identyczna. Ale nie tylko dobór utworów nas zaskoczył...

     Pierwszą niespodzianką był już sam początek, bo od kilku sezonów zaczynali "We Are Motorhead", a tu startują z "Dr Rock". Zresztą tego pierwszego nie zagrali w ogóle, jak zresztą wielu innych. Za to wielkimi niespodziankami były utwory z niedocenianej płyty "Another Perfect Day" czyli "I Got Mine" i "Dancing On Your Grave". Zaskoczeniem był też nie grany od lat "Just 'Cos You Got The Power". Dobrze, choć jak zwykle nieco słabiej przyjęte przez publikę, wypadły nagrania z najnowszej płyty - "Killers" i "In The Name Of Tragedy". Ale największe niespodzianki czekały nas pod koniec koncertu.

     Po zagraniu zabójczego "Iron Fist", kapela zeszła przy owacjach. Za moment całą scenę zalało czerwone światło. Ale zespół powrócił nietypowo... Na scenie lądują dwa stołki barowe i za chwilę siadają na nich Phil oraz Mikkey i obaj trzymają w rękach gitary akustyczne. Lemmy po środku przy statywie zaczyna swój burdelowy blues. Rewelacja! Publiczność początkowo zaskoczona szybko wpada w rytm "Whorehouse Blues", a Lemmy wycina solówkę na harmonijce ustnej. Jest cudownie! Taki akustyczny akcent wprowadził ożywczy oddech do całego występu.

     Później jadą już znowu na całego ze swoim sztandarowym "Asem pikowym". A za chwilę już kolejna niespodzianka - największa tego wieczoru... Na scenę wkracza... Panie i panowie... WURZEL!!!! We własnej osobie! I w tym składzie grają "Overkill", wieńczący całe widowisko. Co to był za wspaniały widok - widzieć ich znowu razem po 10 latach!

     Na koniec razem się kłaniają i schodzą ze sceny w ogłuszających sprzężeniach i okrzykach mocno w końcu rozgrzanej londyńskiej publiczności.

      Piękny wieczór, piękna noc, piękny koncert!

      Jeszcze tu wrócę...

M4c