© M4c


Berlinova Festival, MZA Luckau (Niemcy)
13.06.2004 r. (niedziela)

bilet/ticket


TRACK LIST:

1. We Are Motorhead
2. No Class
3. Shoot You In The Back
4. Civil War
5. God Save The Queen
6. Metropolis
7. Dr Rock
8. Ramones
9. Over The Top
10. Sacrifice + solo
11. Going To Brazil
12. Killed By Death
13. Ace Of Spades
14. Overkill



     Motorhead w blasku słońca... Czy to się sprawdzi? Z takim pytaniem wyjechałem około godziny 10:00 nad ranem w niedzielę. Razem ze mną "sprawca całego zamieszania" Jacek. Później składu dopełnił Zbych.
     Wszystko potoczyło się tak szybko... Najpierw wyjazd na długi weekend nad jeziorko z grupą filozofów i historyków, którzy nade wszystko przedkładają SF, RPG itp. itd. i którzy całymi dniami "utrwalają" swoje zamiłowania chłodnym browarem.
     A później ten niespodziewany telefon od Jacka - "Mam darmowe wejściówki na Motorhead. Szukam transportu. Jedziesz? Możesz jeszcze kogoś wziąć". Cóż miałem w tej sytuacji począć... ;) Uwielbiam takie prezenty od losu... W niedzielę rano ruszyliśmy zatem w bój. Nas trzech na ich trzech. Zero szans.
     Festiwal Berlinova odbył się dopiero po raz drugi. Skład nie wyglądał zbyt imponująco, a my mieliśmy i tak tylko możliwość zobaczenia kilku zespołów. Samo miejsce, w którym zorganizowano tą imprezę okazało się jakimś po-NRD-owskim lotniskiem. Położonym blisko miejscowości Luckau, obok autostrady Berlin-Cottbus. Chociaż nazwa festiwalu sugerowałaby, że jest to blisko niemieckiej stolicy (zresztą w oficjalnych niusach można było właśnie znaleźć informację, że jest to festiwal pod Berlinem), to jednak Luckau leży około 70 km na południe od Berlina.
     Podczas drogi obawialiśmy się, że będziemy mieć problemy z dotarciem w to miejsce. Jednakże organizatorzy stanęli na wysokości zadania i wystarczyło tylko mieć mapę i wzmożoną czujność podczas jazdy by odnaleźć "tajemne miejsce". A na tych (czyt. - nas trzech), którzy nieopatrznie skręcili "o jedną drogę za blisko" czekała sympatyczna przedstawicielka organizatorów, która grzecznie nakierowała nas na właściwy kierunek.
     Samochód zaparkowaliśmy na łączce, która pełniła rolę drugiej części parkingu. Niestety do samego festiwalu mieliśmy jeszcze ok. 1,5 km zu fuss. Po drodze mijaliśmy stado owieczek, główny parking i pole namiotowe z całym swoim badziewiem. Kiedy dochodziliśmy do bram wejściowych na mniejszej ze scen kończył już grać szwedzki Eskobar. Przy wejściu zostaliśmy "zakajdankowani" i tradycyjnie przetrzepani. Na teren festiwalu nie można jedynie było wnieść własnego prowiantu. Na szczęście nie było problemów ze zwykłymi aparatami fotograficznymi, co bardzo mnie ucieszyło.


Berlinova

     Właściwy teren festiwalu składał się z dwóch bliźniaczych scen (twin stage). Z tego jedna, mniejsza, biała - Visions Stage (patronowało jej pismo "Visions"), a druga, większa, czarna - Fritz Stage (pod patronatem radia "Fritz" i pisma "Uncle Sally's"). Oprócz tego była jeszcze jedna scena, przeznaczona na późniejszą porę dla techniawki, a także trochę straganów z różnymi pierdołkami, od koszulek poczynając (28 Euro za sztukę), na żarciu i piciu kończąc. Ciekawostką była galeria pod namiotem, w której znalazły się m.in. prace Dee Dee Ramone!!!
     Wracając do muzyki... Na festiwalu zaprezentowano bardzo różną muzykę - metal, punk, rock, reggae, pop, indie, rap, trip hop, techno... Momentami zastanawialiśmy się czy aby na pewno na tej imprezie ma zagrać Motorhead. Chociażby w przypadku kapelki Björn Again, będącej hołdem dla... Abby! Albo zespołu poprzedzającego występ Motorów, grającego reggae po niemiecku. Podobała mi się jednak organizacja koncertu... Zespoły grały na zmianę, raz na jednej, raz na drugiej scenie. Przez co przerw prawie wcale nie było, a mała obsuwa w czasie zrobiła się dopiero gdy z dużej sceny zeszła znana w pewnych kręgach punkowa grupa The Distillers.
     Po zejściu ze sceny ww. kapeli, a podczas występu na sąsiedniej scenie wspomnianego niemieckiego "wynalazku", zaczęły się przygotowania do występu naszych ulubieńców. W tylnej części sceny podjechała do góry płachta z wizerunkiem okładki nowej płyty "Inferno" (płyta miała wyjść w Europie za osiem dni), a The Road Crew zaczęli bardzo sprawnie przygotowywać ucztę. Zbych+M4c
     Motorhead mieli tym razem tylko godzinę i, jak to bywa na festiwalach, brak możliwości odegrania bisów. Skupili się zatem na największych przebojach i niestety nie zagrali żadnego nowego kawałka, a liczyliśmy na to... Ale chyba nie miałoby to sensu, gdyż prawdziwych fanów, którzy przyjechali specjalnie na Motorhead była garstka, a na festiwalach ludzie potrzebują przede wszystkim zabawy i sprawdzonych, znanych numerów. Poza tym, jak to ujął Jacek, była to też swojego rodzaju komercyjna zagrywka w stylu - "wydajemy nową płytę za kilka dni, przyjdźcie ponownie na koncert usłyszeć nowe kawałki". Ale ja nie mam im tego za złe, bo i tak na jesień mam zamiar zaliczyć jeszcze jakiś występ.
     Wybór i kolejność utworów była bardzo podobna do tej z ubiegłego roku, ale w związku z ograniczeniami czasowymi, nieco okrojona. Może komuś się wydawać w związku z tym w podsumowaniu, że nie jest to takie już ciekawe. Ale jesteście w błędzie, ci którzy błądzicie... Koncert był świetny, a do tego okoliczności, w jakich dane było im wystąpić, spowodowały, że zupełnie inaczej przeżywałem ten koncert.
     W związku z tym, że, jak już wspominałem, można było wnieść aparat, ustawiliśmy się blisko barierki, by strzelić kilka fotek. Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki "We Are Motorhead" publika zaczęła nas maltretować i stopniowo spychać na bok. Dźwięk może nie był zbyt czysty, zwłaszcza słabo było słychać Phila i wokal Lemmy'ego też był trochę schowany, ale i tak byliśmy wniebowzięci.
     Jest coś takiego w wielkich tego świata, że sam ich widok już powoduje wzrost adrenaliny. A kiedy wzrok któregoś z nich na chwilę padnie na ciebie, czujesz się jakbyś wygrał los na loterii, a za chwilę tak jakbyście razem, tu i teraz, pili piwo - "Born To Lose... Live To Win". Właśnie taki bliski kontakt powoduje to, że zaczynasz ich traktować jak normalnych ludzi i jeszcze bardziej czujesz to co próbują ci przekazać. Taki jest też Motorhead - Lemmy, Phil i Mikkey... "We shoot power to your heart, a mighty thunderbolt".
     "No class", "Shoot You In The Back", "Civil War"... przeleciały w zabójczym pędzie. Nie będę tym razem się rozpisywał o poszczególnych kawałkach - patrz na track listę. Generalnie było spokojnie... jak na wojnie ;-) Bałem się cały czas o aparat, co chwilę go wyciągając i chowając do pokrowca, przygniatany w stronę barierki. Nad głową co jakiś czas widziałem podeszwy butów. Lemmy jak zwykle sypał fajnymi tekstami i jak zwykle nie zawsze kumałem co mówi. Ale choćby taki tekst: "Witam na alternatywnym festiwalu, wśród alternatywnych wykonawców... zdaje się, że jesteśmy alternatywą dla alternatywy..." i po chwili dodał "...a najbardziej podobał mi się Björn Again".
     Jak wspomniałem, rozczarowaniem dla nas był jedynie brak nowych kompozycji. W pewnym momencie Phil i Lemmy nawet zapowiedzieli, że za tydzień wyjdzie nowa płyta i wtedy myślałem, że właśnie przyszła ta chwila na odegranie jakiegoś nowego tracka, ale poleciało "Metropolis" z tradycyjnym "balecikiem" obu wioślarzy na wstępie.
     Kiedy tradycyjnie Mikkey odgrywał swoje wspaniałe solo wplecione w "Sacrifice", ja postanowiłem zrobić sobie krótką rundę wzdłuż sceny. W końcu znalazłem się po drugiej stronie, przy Wizzo. Przez co załapałem się na poczęstunek od niego samego trunkiem z plastikowego kubeczka. Miało smak piwa z cytryną, taki Reds... no nie w moim guście w każdym razie, ale kiedy kubeczek wylądował w moich rękach już go nie oddałem i zostawiłem sobie na pamiątkę...
     "Killed By Death", "Ace Of Spades", "Overkill". Zabrzmiały ostatnie dźwięki, zwyczajowe sprzężenie na koniec, ale tym razem obyło się bez syren. Ukłon, podziękowania i już ich za moment nie było widać... Zabrakło znowu "Bombera" i "Orgasmatrona" i wielu innych...
     Nigdy jednak nie zapomnę tego koncertu, głównie ze względu na bardzo fajną atmosferę i te częste spojrzenia Lemmy'ego i Phila, którymi obdarzali wszystkich dookoła, w tym również nas...
     Dla nas festiwal już się skończył. Musieliśmy ze względu na Jacka i jego audycję wieczorną, wracać do domu. Ominął nas m.in. występ Massive Attack, głównej gwiazdy koncertu.

Maciej "M4c" Kosowicz


Podziękowania oczywiście dla Jacka... za Motorhead, ale też przy okazji i za Deep Purple!!! No i pozdrowienia dla Zbycha!