© M4c


Berlin (Niemcy) - Columbiahalle
25.11.2003 r. (wtorek)

bilet/ticket


TRACK LIST:

1. We Are Motorhead
2. No Class
3. Shoot You In The Back
4. Civil War
5. God Save The Queen
6. Stay Clean
7. Metropolis
8. Dr Rock
9. Ramones
10. Love Me Like A Reptile
11. Damage Case
12. Over The Top
13. Sacrifice + solo
14. You Better Run
15. Going To Brazil
16. Killed By Death
17. Iron Fist
----------
18. Ace Of Spades
19. Overkill


     Przeszło rok temu w Columbiahalle w Berlinie odbył się koncert, który był dla mnie najważniejszym, do tego czasu, koncertem Motorhead, jaki widziałem i to z kilku względów (jakich? o tym możecie przeczytać w relacji z tego koncertu). Tym razem zarówno miejsce, jak i pora była podobna, ale z resztą było już nieco inaczej. Porównania, jak więc widzicie, same muszą się nasuwać.
     Zacznę może od tego, że początkowo wahałem się gdzie pojechać... Berlin? To samo miejsce co rok temu, ale za to blisko i bez większych stresów. Czy może kilka dni później Drezno? Nowe miejsce, ale nieco dalej. Ostatecznie jednak wybór padł ponownie na Berlin, ale z kilku innych powodów. Tydzień zapowiadał mi się wyjątkowo... Przyjeżdżał z daleka mój przyjaciel i z tego powodu wziąłem urlop w pracy na cały tydzień. Zapowiadały się imprezki do późnej nocy ;-) We wtorek koncert w Berlinie, w czwartek miałem odwieźć kumpla znowu do Berlina na pociąg, a w piątek jeszcze czekał mnie przesunięty koncert Iron Maiden. Zapowiadało się wykurwiście... no i było więcej niż wykurwiście!!!
     Ale przejdźmy do sedna...
     Bilety kupiłem, tak jak poprzednio, nieco wcześniej, tylko tym razem pojechałem po nie osobiście (przy okazji kupiłem też ten piękny pięciopłytowy boksik "Stone Deaf Forever!" dla siebie i Roberta). Bilet kosztował 28,60 Euro, ale ja kupowałem w Theaterkasse, gdzie niestety jest zawsze trochę drożej, tj. 30,70 Euro. Jak się miało później okazać, bilety były dostępne też przed samym koncertem.
     Załoga, która była ze mną rok temu, tym razem nie mogła jechać. Zostałem więc sam na polu boju, ale... nie do końca. Bardzo chętny do jazdy okazał się nowy/stary znajomy z sieci - prosector. Wcześniej nie znaliśmy się w realu, ale jak się ma wspólny temat, to od razu jest o czym rozmawiać podczas drogi do Berlina. A wyjechaliśmy trochę wcześniej, żeby obskoczyć jeszcze parę sklepów przed godziną 20-tą. Prosector nakupował kilka fajnych płytek, oczywiście wszystkie wiadomego zespołu. Ja tym razem nie miałem zbyt dużo kasy i ograniczyłem się jedynie do dopiero co wydanego dwupłytowego "Live At Brixton Academy".
     Po małym krążeniu po Berlinie, dotarliśmy w końcu na Columbiadamm 13-21. Tym razem przynajmniej udało nam się być przed czasem. Bramy mieli otworzyć o 19:00, ale w rzeczywistości zaczęli wpuszczać gdzieś ok. 19:20. Weszliśmy jako jedni z pierwszych (szok! u nas, to byśmy tak łatwo nie weszli, co zresztą mogłem już doświadczyć 3 dniu później we Wrocławiu), skutecznie obmacani przez ochronę. Skierowaliśmy się od razu do sklepiku z akcesoriami, który został podobnie ulokowany jak poprzednio. Zresztą sam asortyment jak i ceny były podobne do tych sprzed roku. Znaczy się, wybór niezły ale ceny zabójcze jak dla Polaczka (koszulki po 30 Euro). Ale będąc 3 dni później we Wrocławiu na koncercie Ironsów ceny były podobne. Tak więc Europa jest już i u nas, tylko my jakoś jeszcze nie za bardzo jesteśmy w tej Europie... Tak czy owak zaopatrzyliśmy się w firmowe koszulki z logiem ze wspomnianego boxu "Stone Deaf Forever!", które to koszulki promowały tę jesienną europejską trasę. A potem udaliśmy się na balkon, skąd był najlepszy widok. No ale tym razem niestety nie było "bombowca" nad sceną (zresztą jak się później miało okazać, nie tylko zresztą nad sceną).
     Koncert miał się zacząć o 20:00, ale rozpoczął się 15 minut wcześniej. Na rozgrzewkę przewidziano dwie kapelki. Pierwszą miała się okazać całkiem niezła lokalna grupka o dziwnej nazwie MUSTASCH, która promowała akurat swoją pierwszą bodajże płytę "Ratsafari". Zagrali może niezbyt odkrywczo, ale za to z niezłym wykopem i zostawili dobre wrażenie. Ich muzykę w sumie trudno opisać jednym słowem. Taka mieszanka różnych styli w obrębie raczej klasycznego heavy, momentami riffy żywcem ściągnięte z Black Sabbath, innym razem bardziej rock'n'rollowo, wokalnie wręcz jakby, no nie wiem... Motley Crue? Zagrali równe pół godziny. Później pół godzinki przerwy i przez równe 45 minut grali SKEW SISKIN. Tej grupki, to już "dobrym" fanom Motorhead raczej chyba przedstawiać nie muszę. Nina C. Alice i jej załoga już nie pierwszy raz supportowała Motorów po Europie. Ta ciemnowłosa wokalistka zaznaczyła swoją obecność zwłaszcza na DVD "Boneshaker", śpiewając razem z Lemmym "Born To Raise Hell". Zresztą Lemmy też z nimi współpracował, nagrywając jeden utwór "B4" na ich płytę "Voices From The War" Ale zaraz, zaraz, czy ja napisałem ciemnowłosa wokalistka... coś tu chyba nie gra, bo na scenę wbiega.... nastroszona blondyna! Ha! Wdzianko też ma niczego sobie. Za chwilę już słychać przeszywający jak żyleta głos Niny. Ale początkowo nie jestem zachwycony tym co widzę. Kapelka jakoś nie może wskoczyć na prawidłowe tryby. Dopiero gdzieś tak w połowie setu, zaczyna to wszystko brzmieć. Prosector zauważa na początku ich setu, że ich gitarzysta Jim Voxx, jest bardzo podobny do Phila Campbella. I faktycznie, gdy później wchodzą na scenę ci najważniejsi, dopiero widzę jak dużo racji miał Prosector - podobne spodnie, na głowie identyczna czapeczka, przykrywająca podobną czarną czuprynę, a gitara w tym samym kształcie (nie wiem czy też tej samej firmy), tylko Phil jest trochę mniejszy od Jima. A wracając do Skew, to pod koniec ich setu już brzmią naprawdę na poziomie. Nie będę ściemniał i chociaż znam dobrze ich dwie płytki (resztę raczej po łebkach), to jakoś ciężko jednak mi napisać jakie wszystkie kawałki zagrali, ale było "Spend The Night With Me", "We Hate" z najnowszego ich krążka "Album Of The Year" i oczywiście najbardziej znany ich kawałek "If The Walls Could Talk". Występ kończą o 21:30 i zaraz potem wkraczają na scenę goście z "The Road Crew". Uwijają się naprawdę bardzo szybko. Równiutko o 22:00 wkraczają na scenę Lemmy, Phil i Mikkey!!!
     I zaczyna się znowu od "We Are Motorhead". Publika dostaje szału. Dopiero teraz widać kto tu rządzi. Wcześniej, podczas koncertów dwóch supportujących grup, ludziska klaskali i krzyczeli, wiadomo, jak to na koncercie. Ale kiedy zagrali MOTORHEAD nagle ludzie jakby pod wpływem magicznej różdżki, albo raczej elektrowstrząsów, zaczęli po prostu wrzeszczeć i miotać się jak w amoku. Nagle widzę po prawej stronie balkonu "widok znajomy ten" - biało-czerwona flaga z napisami Motorhead. Super!!! To był chyba jedyny w ogóle transparent na całej sali. Widziałem, że chłopaki z Motorhead też go w końcu przyuważyli, Lemmy i Mikkey parę razy pomachali w tamtą stronę. I bardzo dobrze. Może w końcu dojdzie do nich, że na tym naszym zadupiu warto by zagrać jednak częściej niż raz na kilka lat. A nawiasem mówiąc, poruszając się wcześniej po Columbiahalle, kilkakrotnie słyszeliśmy ojczystą mowę (ciekaw jestem czy podobnie było w Dreźnie?).
     Wracając do koncertu, to początek był identyczny jak przed rokiem. Po wspomnianym "We Are...", były jeszcze "No Class", "Shoot You In The Back" i "Civil War". Niestety coś tym razem nie popisali się niemieccy fani. Od początku koncertu fruwały w powietrzu plastikowe kubki z resztkami piwa (zresztą cholernie drogiego - 4 Euro!!!). Co za wiocha! Kilka razy poleciały na samą scenę. Nie pomagały uwagi Phila i grożenie paluchem przez Lemmy'ego. Podczas gdy grali kolejny song "God Save The Queen", jeden z kubków trafił prosto w Lemmy'ego. Lemmy przestał grać, kapelka zamilkła. Lemmy zagroził, że jak to się jeszcze raz powtórzy, to zejdą ze sceny. I w tym właśnie momencie jakiś skończony debil rzucił po raz kolejny w Lemmy'ego! To już było totalne przegięcie. Lemmy nie czekając ani chwili zszedł ze sceny razem z resztą załogi. Światła przygasły, a wszyscy wlepili ślepia w pustą scenę nie wierząc, w to co się stało. Na pewno takiego zakończenia nikt by się nie spodziewał.
     Zdezorientowana publika w końcu zaczęła dochodzić do siebie i za moment już wszyscy skandowali razem niezmiennie "Motorhead... Motorhead...". W końcu wyszli! Uff... no wiadomo było, że wyjdą, ale jakoś tak się człowiek podświadomie obawiał najgorszego. Ale z drugiej strony, to byłby to wyjątkowy cztero-i-pół-utworowy koncert, nieprawdaż? Od tego czasu nie poleciał już ani jeden kubek...
     "God Save The Queen" już jednak nie zagrali do końca. Od nowa zaczęli za to nie granym ostatnio "Stay Clean". Tym razem nie zagrali ani jednego utworu z ostatniej płyty. Za chwilę wrócili do porządku i były kolejno "Metropolis", "Dr Rock" i "Ramones". Później zagrali znowu rzecz, której jeszcze na żywo nie dane mi było usłyszeć - "Love Me Like A Reptile". A następnie "Damage Case" i "Over The Top".
     Ponownie Mikkey dał popis w kolejnym kawałku "Sacrifice", a po nim były jeszcze "You Better Run", "Going To Brazil", "Killed By Death" i "Iron Fist". Tak zakończyli właściwy set, by za chwilę wyjść jeszcze by zagrać, ale o dziwo, tylko dwa utwory - "Ace Of Spades" i "Overkill". No i jak zwykle zeszli ze sceny w dźwiękach totalnych sprzężeń.
     Miałem niedosyt początkowo po tym koncercie... A gdzie "Bomber"? A gdzie "Orgasmatron"? W ogóle set był krótszy niż ostatnio, no i nie było "bombowca"... Ale i tak jestem bardzo szczęśliwy, że było mi dane zobaczyć rok po roku Lemmy'ego i resztę w tak dobrej formie, z nadziejami na przyszły rok.... Mam nadzieję, że za rok też będę mógł napisać kolejną relację z koncertu, ale tym razem gdzieś z Polski...

Maciej "M4c" Kosowicz

PS. Wracając do Polski mieliśmy jeszcze po drodze jedną przygodę. Niemcom zachciało się zrobić objazd autostrady 30 km przed granicą. Jak zjechaliśmy z autostrady, tak myśleliśmy, że już na nią nie wrócimy. Żadnych znaków, żadnej mapy, ponad godzinę objazdu i chyba ze 100 km przejechanych po głuchych drogach Brandenburgii, w środku nocy, do tego w mgle. Ale jakoś w końcu na resztkach paliwa dojechaliśmy do granicy... To taki bonus do tych emocji jakie dane nam było przeżyć wcześniej...

Pozdrowienia dla prosectora!