© M4c


Berlin (Niemcy) - Columbiahalle
23.10.2002 r. (Środa)

bilet/ticket


TRACK LIST:

1. We Are Motorhead
2. No Class
3. Shoot You In The Back
4. Civil War
5. God Save The Queen
6. Brave New World
7. Metropolis
8. Dr Rock
9. Ramones
10. Shut Your Mouth
11. Nothing Up My Sleeve
12. Damage Case
13. Over The Top
14. You Better Run
15. Sacrifice + solo
16. Orgasmatron
17. Going To Brazil
18. Killed By Death
19. Iron Fist
----------
20. Bomber
21. Ace Of Spades
22. Overkill


     24 października 2002 roku, czwartek, około godziny 1:30 w nocy, uścisk dłoni.... To była ta chwila, o której nigdy nie zapomnę. Było jeszcze coś, ale o tym później...
     22 października 2002 roku, wtorek, wieczór, przyjechał do mnie Robert Janiczek, przyszedł Alex i robimy małą imprezkę. Jutro jedziemy na koncert, niestety tym razem bez Alexa.
     23 października 2002 roku, środa, godzina 13:40, wyjeżdżamy samochodem na koncert do Berlina. 4 osoby, oprócz mnie i Roberta, jest jeszcze Gusstaff i Jacek Grodzki. W plecaku mam paszport, trochę kasy i aparat, ale zabrałem też na wszelki wypadek zdjęcia do podpisu oraz... prezent dla Lemmy'ego w postaci wódki "Luksusowej". Jacek załatwił dwie wejściówki od Mystica. Będzie dla nich pisał relację. Ja i Robert mamy bilety kupione na tydzień przed koncertem. Okazuje się później, że dobrze zrobiliśmy. W dniu koncertu, przed występem, biletów już nie było, a sala pękała w szwach.
     Będąc już w Berlinie obskakujemy jeszcze parę sklepów muzycznych. Jacek jest w żywiole. Przez te zakupy spóźniamy się na koncert, który miał się rozpocząć o 20:00.
     Przed Columbiahalle, położonej naprzeciwko lotniska Tempelhoff, zebrał się spory tłumek. Wchodzimy do środka. Ochroniarze trzepią nas skutecznie. Niestety Alexa tym razem nie było i nie miał kto mi wnieść aparatu, dlatego pod wpływem "przeważającej siły wroga" ustąpiłem w przedbiegach.

M4c

     Przedsionek, w tle muzyka, wchodzimy do sali... Pierwszy szok. Patrzę i uwierzyć nie mogę. Nad sceną, na całej jej szerokości wisi... makieta BOMBOWCA!!! Nareszcie (!) - pomyślałem - zawsze marzyłem żeby go zobaczyć na żywo. Rozglądamy się po sali w kształcie zbliżonym do kwadratu, z dużym balkonem. Brakuje trochę dodatkowego pomieszczenia przed samą salą koncertową, tak jak to było w warszawskiej Stodole. Tutaj browarek podawany jest w dwóch małych wnękach z tyłu sali. Po prawej stronie, przy wejściu do garderoby, zorganizowano sklepik. Podchodzimy szybkim krokiem i... cóż, ceny od razu nas sprowadzają na ziemię. Jest kilka wzorów koszulek po 30 Euro, bluza z kapturkiem po 50 Euro, czapeczki i chusta (nie pamiętam za ile), duży wisior (takie cóś dyndające na szyi) po 10 Euro, na którego napalił się Robert. Są też dwie ciekawostki - oryginalnie podpisane pałeczki Mikkey Dee i duża replika kostki do gry Phila Campbella, obie po 15 Euro za sztukę. Ceny dały nam do myślenia i postanowiliśmy dać sobie czas na ewentualną decyzję.
     Zapomniałem jeszcze napisać, że na miejscu byliśmy około 20:30 i niestety przeleciał nam (jeśli w ogóle był) lokalny support, nawet nie wiem co to mogło być.
     Postanowiliśmy spróbować znaleźć miejsce na balkonie, bo na dole był już spory tłok. Tam też zastały nas pierwsze dźwięki koncertu Anthrax, którzy zaczęli grać o 20:45. Wypadli całkiem nieźle, chociaż miałem wrażenie, że chcą na siłę odbudować swoją zaszarganą opinię. Po kilku latach ciągłego odżegnywania się od swoich korzeni teraz zafundowali nam dawkę czystego thrashu, głównie z płyt "Among The Living" i "Attack Of The Killer B's". Były więc "Among The Living", "Caught In A Mosh", "Indians", "Antisocial" i "Bring The Noise". Było też parę nowszych (z których poznałem jedynie "Only"), a także nagrania przedpremierowe, z płyty, która ma się ukazać w lutym bądź marcu. Publika przyjęła ich dobrze i panowie zadowoleni zeszli ze sceny po godzinnym secie. Nawiasem mówiąc dziwnie wyglądali tak skacząc pod skrzydłami "bombowca". Jakoś mi tak to nie pasowało. Może dlatego, że w trakcie ich występu moją głowę zaprzątały inne myśli, krążące wokół wiadomego "obiektu westchnień". W tym czasie udało mi się między innymi dojść do porozumienia z samym sobą co do zakupów w sklepiku. W "przerwie meczu" pobiegłem więc na dół i zakupiłem oryginalną koszulkę promującą europejską trasę. Niestety mniej szczęścia miał Robert, który się już nie załapał na wspomniany wcześniej wisior. Jeszcze łyk świeżego powietrza i już czekamy w napięciu na najlepszą rock'n'rollową kapelę na świecie.
     Z tyłu sceny pojawia się znane z ostatniej płyty logo. O godzinie 22:20 na scenę wkraczają ONI. Lemmy po prawej stronie, Campbell po lewej, a po środku Dee - MOTORHEAD!!! Nad nimi wisi nieruchomo "bombowiec". Kilka tradycyjnych słów przywitania "Good evening Berlin" i "We are Motorhead and we're gonna kick your ass", po których zaczyna się młócka. Na początek oczywiście "We Are Motorhead" i wszystkie uszy zwijają się do środka. Jest cholernie głośno, publika wpada w amok, pod sceną "kocioł". Za chwilę już mamy "No Class", a po nim "Shoot You In The Back". W Warszawie w tym momencie był "Bomber", ale na niego przyjdzie czas w odpowiednim momencie. Mamy za to "Civil War", który wypadł równie dobrze jak dwa lata temu w Polsce.
     Lemmy zapowiada kolejny utwór podobnie jak 2 lata temu w Stodole - "Czy są jakieś punki?", "Yeaaah!!!". Podnosi się las rąk, znacznie większy niż u nas. Z góry widzę kilka czerwonych irokezów. No i mamy "God Save The Queen". Za moment już gna "Brave New World", pierwszy i nie ostatni tego wieczory nowy kawałek z najświeższej płyty. Podziwiam znakomitą "grę" świateł, a zwłaszcza pulsujących stroboskopów. Teraz czas na klasykę i to jaką. "Metropolis" zaczyna się "baletem" w wykonaniu Lemmy'ego i Campbella, zakończony złączeniem dwóch pięści w geście zwycięstwa, a może w jakimś innym geście, w każdym razie chłopaki jak zwykle nieźle się bawią. Sam kawałek zaś wypada naprawdę bosko. Po tylu latach brzmi naprawdę... no zajebiście! Jak na razie najlepszy moment od początku koncertu. Kolejny, "Dr Rock", to również udany klasyk - "Hear me talking, Doctor Rock", zdzieram gardło. I kolejna, już chyba standardowa zapowiedź Lemmy'ego do kolejnego tracka - "Ramones", dla świętej pamięci Joey Ramone, ale tym razem też dla kolejnego z braci Ramone - Dee Dee. Dobrze, że ten kawałek jest taki krótki, bo jakby trwał chociaż minutę dłużej, to by chyba wszystkich porozrzucało po całej sali, jak po wybuchu granatu zaczepnego.
     W przerwach pomiędzy utworami Lemmy zabawia się z publiką. Wygląda to mniej więcej tak - Lemmy: "one, two, three, four!!!", publika: "Aaaaaaaa!!!", Lemmy: "no, no... LOUDER!!! one, two, three, four, five!!!", publika: "AAAAAAA!!!!!!", Lemmy: "Much better".
     Ale teraz nadchodzi czas na drugi z nowych utworów z płyty "Hammered", tym razem na "Shut Your Mouth". Jednak te nowe utwory nie mają aż tak dobrego przyjęcia jak starsze, ale to chyba jest oczywiste. Mimo to "Shut Your Mouth" wypadł lepiej, chociaż na płycie bardziej podoba mi się "Brave New World". Żałuję tylko, że nie grają mojego ulubionego "Walk A Crooked Mile" (który zresztą wygrał też w naszej internetowej sondzie na najlepszy utwór z "Hammered" - patrz wyniki sond).
     Kolej na klasyki - "Nothing Up My Sleeve" i "Damage Case". W tym drugim Campbell pod koniec trochę niestety fałszuje. Ale wybaczam mu to, bo za chwilę mamy niespodziankę. Tak też zresztą zapowiada kawałek sam Lemmy. Panie i panowie, "Over The Top". Tego "starocia" raczej się nie spodziewałem. Fajnie jest coś takiego usłyszeć. Następnym w kolejce jest rasowy bluesior "You Better Run", który rozkołysał całą salę i zrobiło się bardzo "stylowo".
     Przed nami powoli małymi krokami zbliżają się stałe punkty programu, bez których już chyba ciężko sobie wyobrazić współczesny koncert Motorhead. W pierwszym z nich, "Sacrifice", już tradycyjnie popis daje Mikkey Dee, który po raz kolejny pokazuje na co go stać w rozbudowanej solówie. Na tego faceta można zawsze liczyć (w odróżnieniu od Taylora), jest jak skała, oczywiście nie pod względem temperamentu, o nie, nie. W tej kwestii akurat przoduje. Nie popisali się natomiast techniczni Campbella. W momencie kiedy Dee zaraz po solówce przechodzi ponownie do motywu przewodniego utworu, z głośnika słychać tylko bas Lemmy'ego. Campbell w tym czasie miota się wspólnie z technicznym, majstrując coś przy gitarce. Trwa to jednak o parę sekund za długo i przez to psuje nieco efekt końcowy. Na szczęście zaraz po tym atmosfera koncertu zaczyna nabierać na sile. Przygasa większość świateł i tylko zielone reflektory podświetlają nieruchomych muzyków. Z tyłu sceny wielka "gęba" nabiera fioletowej barwy i spoziera na nas świecącymi czerwonymi oczami. W tej niezwykłej aurze rozbrzmiewają pierwsze dźwięki jakże znajomego utworu... i te słowa: "I am the one, Orgasmatron, the outstretched grasping hand...". "Orgasmatron" to chyba najlepiej teatralnie dopracowany moment ich wszystkich koncertów.
     Po tym spodziewałem się już samych klasyków, ale Lemmy i spółka zaskoczyli mnie jeszcze przypuszczając rock'n'rollowy "atak" na Brazylię utworem "Going To Brazil". No, a później to już nie było zmiłuj. "Killed By Death", z jak zwykle genialnym solo Campbella, a po nim kończący właściwy set "Iron Fist", spowodowały, że wszyscy nie mieli wyjścia i... musieli błagać o więcej. Lemmy przed tym ostatnim jeszcze zapowiedział cynicznie "teraz będzie ostatni kawałek, wy będziecie głośno krzyczeć, a później my wrócimy i zagramy". I tak też się wszystko potoczyło. Z tym, że nie był to taki zwykły powrót.
     Nastały ciemności. Okrzyki rozgrzanej do czerwoności publiki, po pewnym czasie z chaosu ułożyły się w jeden okrzyk - "Motorhead, Motorhead...!!!". I zaczęło się na nowo. Na początek podniósł się dym, a na nieruchomym jeszcze "bombowcu" zaczęły się obracać 4 komplety reflektorów imitujące śmigła samolotu, po dwa na każdym ze "skrzydeł". Włączyły się syreny alarmowe i usłyszeliśmy warkot maszyny. Zaczęły mrugać stroboskopy, w tym dodatkowe, umieszczone na samym "samolocie". Z tyłu sceny ponownie rozbłysły czerwone oczy. Na scenę wkroczyli ONI. Zaczął się "Bomber", ale... z falstartem.
     Pojawiły się problemy z nagłośnieniem. W momencie kiedy ruszył "bombowiec" pełną parą i muzycy zaczęli grać, wysiadły główne kolumny. Słychać było tylko same piece i perkusję. Po chwili na szczęście już wszystko było w porządku. "Bombowiec" mrugał, poruszał się cały, pochylając to do przodu, prawie dotykając głów Lemmy'ego i Phila, to znów unosząc dziób do góry i niemalże trącając w potylicę Mikkey Dee. Przechylał się na boki, mrugał wszystkimi reflektorami aż dech zapierało. "Ja pier...." samoczynnie wyrwało mi się z ust. Takie coś naprawdę pamięta się na całe życie.
     I tak już z rozdziawioną gębą stałem przez następne dwa końcowe numery. Nawet ciągłe problemy techniczne, które pojawiały się co jakiś czas, nie popsuły ogólnego, niesamowitego wrażenia. Po "Bomberze" poleciał największy z największych "Ace Of Spades", a ludziska już ostatkiem sił podrywali się i ryczeli na całe gardło "You know I'm born to lose, and gambling's for fools, but that's the way I like it baby, I don't wanna live for ever... and don't forget the joker!". A na koniec zafundowali nam jeszcze "Overkill", to tak żeby nie było złudzeń po co przyszliśmy. Gdyby nie te krótkie momenty, kiedy siadały kolumny i wybijały trochę z rytmu, to miałbym ochotę rzucić się w ten tłum z balkonu. Jednocześnie byłem świadom, że to już koniec i że zaraz trzeba będzie stąd wyjść i... nie byłem tym zachwycony.
     Około północy wybrzmiały ostatnie dźwięki "Overkill". Wszyscy trzymali ręce w górze i darli mordę ostatnimi resztkami sił. Chłopaki pięknie się wszystkim ukłonili, pożegnali się i zeszli ze sceny, zostawiając jak zwykle włączone instrumenty. Potężne sprzężenie wyrywało resztki tego co zostało z naszego mózgu. Wpadło w rytmiczny, transowy puls, spotęgowany jeszcze mrugającymi stroboskopami, by w końcu powoli zamilknąć. Włączyły się syreny i już za moment zrobiło się jasno w całej sali. Koniec, koniec, koniec....
     Wszyscy ruszyli do wyjścia. Kiedy byliśmy już przy samochodzie w trójkę, czekając na Jacka, nagle usłyszeliśmy ponownie syreny. Tym razem jednak były to syreny wozów strażackich, które całą serią wyjechały obok nas. Kiedy znalazł się Jacek postanowiliśmy wrócić pod salę wiedzeni jakimś instynktem. Pod salą stało kilka wozów strażackich i policaje. Czyżby coś się stało? Strażacy weszli do sali, z której jeszcze wychodzili fani. Ale był to fałszywy alarm. Później pomyśleliśmy, że być może wyjące podczas koncertu syreny ich tu przygnały ;-)
     W między czasie dowiedzieliśmy się od Jacka, że udało mu się zagadać z jakimś tutejszym technicznym, Klausem, który powiedział mu dlaczego były takie problemy z nagłośnieniem pod koniec koncertu. Okazało się, że gdy ruszył bombowiec z tą całą masą świateł, zabrakło mocy. Techniczni walczyli jak mogli, ale niestety co jakiś czas znowu wszystko nawalało.
     A my mamy "mały" problem. Chcieliśmy wejść z powrotem do środka Columbiahalle, żeby spróbować wejść za scenę, ale ochroniarze już nie wpuszczają. Na szczęście Jackowi, poprzez znajomości ze wspomnianym wcześniej Klausem, udaje się w końcu wejść. My w tym czasie oglądamy jak różnej maści handlarze próbują sprzedać koszulki i plakaty prosto z chodnika. Koszulki można kupić za 15 Euro. Ale ja wcale nie żałuję, że kupiłem wcześniej drożej, bo mam przynajmniej oryginalną. Powoli wszyscy się rozchodzą i kiedy zostaje tylko garstka osób, handlarze też się zwijają i próbują jeszcze sprzedać koszulki za 10 Euro (teraz trochę żałuję, mogłem jeszcze jakąś kupić za te 10 Euro).
     W końcu na "placu boju" zostajemy sami. Tylko paru fanów stoi przy bramie wjazdowej. Wiatr hula, a my coraz bardziej tracimy cierpliwość w oczekiwaniu na Jacka. Stoimy tak około 1,5 godziny. Gusstaff dostaje białej gorączki, ale nie dziwię się mu, bo to przecież on będzie musiał jeszcze nas odwieźć do domu.
     Nagle Jacek wypada boczną bramą. Podbiega do nas i krzyczy "Gdzie masz tą wódę? Bierz ją! Załatwiłem ci wejście!!! Ale mogę wprowadzić tylko jedną osobę." Zarzucam plecak i biegnę za Jackiem. Wchodzimy przez bramę, a tam już czeka na nas asystent tour managera. Podajemy sobie ręce i idziemy za nim. Czuje jak mi serducho podchodzi do samego gardła. Wchodzimy za scenę. Stoi kilka osób. Kręcimy się, zaglądamy do różnych pomieszczeń, ale żadnej znajomej twarzyczki nie widać. Nagle obracamy się i... JEST!!! To nie może być prawda!!! Na środku korytarza stoi ON - LEMMY we własnej osobie!!! Ubrany tradycyjnie w białe kowbojki, do tego ma na sobie czarne spodnie, rodzaj czarnego płaszcza, stylizowanego na jakiś mundur z okresu I Wojny Światowej (tak mi się w każdym razie w pierwszym momencie wydawało) oraz czarny kapelusz. Podchodzimy do niego. Jacek się przedstawia i podaje mu rękę, ja robię to samo (do dzisiaj nie myję prawej ręki ;-)). Napięcie sięga zenitu. Zmieszany otwieram w pośpiechu plecak i wyciągam zawiniętą w pognieciony papier butelkę. Ha! I jak w jakiejś cholernej komedii nie mogę zdjąć tego pieprzonego papieru. Wyobrażacie to sobie... stoję przed pieprzoną legendą, "bogiem", wszyscy na mnie patrzą, a ten cholerny papier nie chce się odwinąć. Wreszcie udaje mi się jakoś wysupłać na zewnątrz tę połówkę. Podchodzę i daję mu mówiąc coś w stylu "We've got a gift for you. Original polish vodka!". "Thanks" odpowiada Lemmy, bierze ją do ręki i czyta przeciągle i zabawnie napis na butelce "luuk...szuu...szowaa". Pytamy się czy możemy zrobić sobie z nim zdjęcia. Oczywiście się zgadza. Obejmuje go za plecy. On podnosi butelkę do góry. Błyska flesz. Za moment wymieniamy się z Jackiem. Jacek podkłada mu kartkę i prosi o dedykację dla czytelników "Mystic Art". A ja w pośpiechu wyciągam do podpisu dwa bilety, a potem kilka zdjęć. Wszystko podpisuje bez protestu. Niestety musimy się już zwijać, bo czekają już następni w kolejce. Z tego wszystkiego zapominam się Lemmy'ego zapytać nawet kiedy mają zamiar przyjechać do Polski. Machamy mu na pożegnanie i za chwilkę jesteśmy już na zewnątrz.

Lemmy + M4c

     To było niesamowite przeżycie i gdyby nie pomysł z butelką, to nie miałbym szans. Oczywiście głównie zawdzięczam to Jackowi, bez którego raczej mógłbym tylko o tym pomarzyć.
     24 października 2002 roku, czwartek, około godziny 5:00 nad ranem, wracam do domu. Na gorąco opowiadam wrażenia mojej żonie, którą chcąc nie chcąc wyrywam ze snu, a później długo nie mogę zasnąć.
     To była wspaniała wyprawa, wspaniały koncert i do tego to niewiarygodne spotkanie z człowiekiem, którego od tylu lat podziwiam i w hołdzie któremu przecież stworzyłem tą stronę...
     Marzenia jednak się spełniają.... Born To Lose, Live To Win!!!!

Maciej "M4c" Kosowicz

PS. Składam w tym miejscu wielkie podziękowania dla następujących osób:
- Jacka Grodzkiego - bez ciebie to marzenie pozostałoby tylko marzeniem,
- Gusstaffa - gdyby nie ty, to prawdopodobnie w ogóle nie byłbym na tym koncercie,
- Roberta Janiczka - za towarzystwo podczas tej wyprawy (mam nadzieję, że następnym razem tobie też się uda to co mi),
- Alexa i Natalii - za kupienie biletów (szkoda, że ciebie Alex tam nie było) oraz za cenne uwagi do powyższej relacji,
- Marcina Wawrzynczaka - za podsunięcie pomysłu z tym prezentem - butelką.