© M4c


Warszawa (Polska) - Klub Stodoła
06.12.2000 r. (Środa)

bilet/ticket 6 grudnia 2000 r. miało miejsce wielkie święto - koncert MOTORHEAD w Polsce, w Warszawie, w klubie Stodoła!!! Dla mnie i dla wielu innych fanów było to jak spełnienie marzeń. I choć teraz można trochę ponarzekać na to, że koncert opóźnił się o 3,5 godziny (to chyba jakiś rekord!), że z tego powodu nie było supporta, że organizatorzy trochę dali dupy, że nie było żadnych koszulek i temu podobnych rzeczy, to fakt pozostaje faktem, że tego koncertu nigdy nie zapomnę i jeszcze bardziej MOTORHEAD umocnił się u mnie na pozycji lidera.

Poniżej prezentuję wam komentarze na temat koncertu, które otrzymałem od fanów.

Możecie sobie ściągnąć mój zdobyczny plakat [87,8kB].

Nightstalker >>>>    Po pierwsze - czekałem ładnych parę godzin na Lemmy'ego. Było to trochę denerwujące, nie powiem.
Po drugie, ochrona była do niczego - zachowywali się jakby byli pierwszy raz na koncercie, a wyglądali nie jak "schaby" tylko jak przedszkolaki...
Po trzecie...ZACZĘŁO SIĘ!!!!!!!!!!!! Jak ich zobaczyłem to o mało co nie padłem (nie miałem za bardzo jak, bo stałem na barierkach...:) Niestety, co chyba każdy zauważył dźwięk był do niczego... Najlepiej wykonany kawałek? Jak dla mnie "Ace of spades" i "Overkill", wprowadziły mnie w największy amok a poza tym, robiłem sporo zdjęć, z czego dwa są piękne - uśmiechający się do aparatu Phil i robiący "minę" Lemmy (oba z ok.2 metrów).

Marcin Ostrowski >>>>    Drodzy Motorheadowcy chcę zwrócić Waszą uwagę na jeden szczegół. Ci którzy byli szóstego grudnia w Stodole widzieli, że mimo opóźnienia i całej tej nerwówki "technicznych" wiara bawiła się w porządalu. Właśnie w porządalu... Trzech facetów, tylko trzech facetów na scenie, a potrafią zrobić muzyczny chaos i totalny odjazd, które w połączeniu tworzą splot dźwięków przyciągających masy ludzi na koncerty i do sklepów po ich CD's. Chcę podkreślić jedno, jest obecnie mało kapel o tak okrojonym składzie, mało tego nowe monstra typu Limp Bizkit (nie wiem czy tak to się pisze) gdyby mogły miałyby w swoich szeregach jeszcze więcej ludzi, bo monety natrzepią od pyty. Takich kapel jest w komercyjnej Ameryce setki, a może tysiące. To tyle moich żali. Wiaro pamiętaj, że kiedy Lemmy trzymał wiosło w grabach to tych wszystkich pseudo rockerów nie było jeszcze na świecie. Proszę Was, kiedy słuchacie trzech kolesi z Motorhead pamiętajcie o tym. Pamiętajcie również, że 3 jest większe od 5 lub 6. Pozdrawiam wszystkich Paaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa...


Początkowo miałem sam napisać recenzję do koncertu, ale coż, ma się dobrego kumpla polonistę... Poniżej przedstawiam wam... no właśnie, trudno to nazwać zwykłą recenzją, raczej krótkim opowiadaniem, napisanym przez Alexa, z którym byłem wspólnie na tym koncercie. Ja osobiście dorzuciłem tylko trochę na temat samego koncertu... Alex - jeszcze raz wielkie dzięki!!!

     To był jeden z najlepszych koncertów, jakie widziałem. I jeden z najgorzej zorganizowanych.
     Ekspres, którym przykulaliśmy się do "stolycy" przyjechał prawie bez obsuwy, co ucieszyło nas bardzo, bo lubi się czasem ślizgnąć w czasie nawet z pół godzinki. Pierwsze, co oprócz wszechpanującego, typowo warszawskiego syfu rzuciło nam się w oczy to miły fakt, że największy pomnik komuny - pałac tzw. Kultury skryła mgiełka tajemnicy i choć raz nie byliśmy zmuszeni do oglądania tego potworka. Wychodząc z dworca ucieszyłem się nawet, że odleciał już wreszcie w kosmos, nieść marsjanom ducha rewolucji, ale wkrótce okazało się, że to tylko przyroda zlitowała się nad naszymi oczyma i to nie na długo. Wraz z rozwijającym się dniem mgła unosiła się... ale co za bzdury ja wam tu wypisuję? Po prostu pogoda była do dupy i tyle, więc marzliśmy nieco, jako że na prowincji, z której przyjechaliśmy kilka poprzednich dni było znacznie cieplejszych, bardziej do marca niż początku grudnia pasujących.
     Ale warszawska mgła skryła nie tylko architektoniczne koszmary. Rozpłynęły się w niej również wszelkie objawy, że właśnie tego dnia Motorhead zagra w tej mieścinie. Łażąc sobie bez celu (od planowanego rozpoczęcia koncertu dzieliło nas jeszcze ładnych dziesięć godzin, więc coś trzeba było z czasem zrobić) nigdzie nie udało nam się dostrzec plakatów naszej ulubionej kapeli. Wisiały tylko jakieś padaki - Marylin Manson, czy inna Apocalyptica (wiadomo - kurica, nie ptica, Polska nie zagranica, jak mawiają nasi wschodni sąsiedzi, dzięki którym między innymi koncert rozpoczął się dopiero w godzinie duchów, choć o tym może trochę później, nic więc dziwnego, że czuliśmy się nieco jak w Moskwie). Wkurzyło to trochę mojego kumpla, bo chciał sobie coś z tablicy, czy słupa zedrzeć, by móc powiesić później na ścianie swej willi pod miastem. Promocję panowie organizatorzy zarżnęli dokumentnie. Nawet gdy już staliśmy pod Stodołą (właściwie, biorąc pod uwagę, czym jest nasza stolica to właśnie stodoła powinna być jej symbolem, a nie jakaś tam sikająca pod siebie co minutę syrenka) jakiś koleś podszedł do nas z zapytaniem, gdzie tu właściwie można kupić bilety na koncert. Wiecie - szopa zamknięta na głucho, a dokoła hula wiatr i pies z kulawą nogą nie wie, gdzie wschód, gdzie zachód. Całe szczęście, że przynajmniej na ścianie frontowej wisiała jakaś szmata, bo nie bylibyśmy pewni, czy ten koncert to naprawdę tu i teraz. Ale wisiała, więc strzeliliśmy sobie kilka fotek i poszliśmy rozglądać się za jakimś lokum, jako że o powrocie mogliśmy marzyć dopiero at 6 pm. następnego dnia, a nie chcieliśmy nocy spędzić na Centralnym, choć towarzystwo moglibyśmy mieć przednie, jako że ojczyzna akurat postanowiła zwolnić do cywila kilku kolesi, którzy widocznie odsłużyli już swoje (a przede wszystkim - nie swoje) i plątali się po całym śródmieściu ostro balując i podrywając wszystko, co na nieliczne drzewa zwiać nie zdołało.
     Po dłuższym wydzwanianiu (a sprawny telefon znaleźć w tym centrum Europy, to jak trafić w totka) dostaliśmy sympatyczny kącik w leżącym o rzut beretem od Stodoły akademiku SGH. Tanio (jak na tamtejsze warunki), przytulnie - wiecie, SGH, to dość sfeminizowana uczelnia, więc była nadzieja, że po skończonym koncercie uda nam się załapać na damski serwis, zorganizowany przez milutkie panie studentki, pomykające w milusich szlafroczkach po korytarzach przybytku, który na tę jedną noc stał się naszym domem, ale - płonne nadzieje. Gdy wróciliśmy o drugiej w nocy, zostało nam tylko wymyć kły i wbić się w sen.
     Zawinili tu ponoć panowie pogranicznicy, marznący na granicy polsko - litewskiej, dzięki którym kapela zajechała do nas dwanaście godzin spóźniona (poprzedniego wieczora słuchali ich rodacy Mickiewicza). Nietrudno mi było w propagowaną przez organizatorów wersję zdarzeń uwierzyć, bo sam mieszkam niedaleko granicy (tej leżącej w drugim końcu kraju) i wiem, jak ciężko panowie w mundurach muszą się nakombinować, zanim zarobią na kolejnego mercedesa, nie miejmy więc do nich pretensji, że aż tak sumiennie wykonują swoją potrzebną pracę.
     Gdy po zameldowaniu się w akademiku i wrzuceniu do żołądków paru browców ponownie zawitaliśmy pod Stodołą, przed wejściem kłębił się już całkiem spory tłumek; nastroje panowały ogólnie rodzinne, niektórzy je sobie jeszcze trochę poprawiali lokalnymi wynalazkami, bo chłodno tak, gdy trzymają cię na dworze jak psa. W końcu jednak udało nam się dostać do środka. Trochę nielegalnie wniosłem aparat (panowie od macania swoją pracę wykonywali tak niedbale, że niektóre, co bardziej nerwowe panienki protestowały i stawały po trzy razy w kolejce, zanim uznały, że są już należycie przeszukane, poza tym w mojej kurtce mógłbym przenieść nawet średniej wielkości działo bezodrzutowe i nie raziłoby oczu). Kumpel uparł się, że porobimy trochę zdjęć, bo chciał je umieścić na stronie, ale jak doszło co do czego, to panowie z szatni nie chcieli nam z powrotem mej nieszczęsnej kurtki wydać, czym doprowadzili mojego spokojnego zwykle kolesia do bladej gorączki; już chciał jednego z tych misiów wieszać na haku obok tych wszystkich kurtek, ale zrezygnowany wyciągnąłem go stamtąd. Wyglądało na to, że nie ustąpią, nawet gdy zrobi się z nich worek treningowy. A zadziwiony byłem niewąsko, bo znam swego kumpla jeszcze od czasów Gierka - w podobnym nastroju widziałem go naprawdę nieczęsto. Tak więc dzięki uprzejmości panów szatniarzy nie macie na stronie fotek z koncertu. Ale może prześlecie własne - widziałem, że kilku co bystrzejszych gości błyskało tu i ówdzie, więc pewnie macie jakieś obrazki.
     Nie byłem na Motorheadach, gdy poprzednim razem zawitali do kraju, ale mam nadzieję, że wtedy nie było aż takiej ciasnoty. Ślązacy mają raczej obszerniejsze miejsca do koncertowania. Tymczasem skromna pod względami gabarytowymi Stodoła z trudem mieściła całe towarzystwo. Nie byłoby większego kłopotu, gdyby impreza zaczęła się o czasie - po prostu wszyscy wbiegliby do salki, gdzie impra się miała pokulać i finito. A tak - tysiące ludzi łaziły bez celu tu i ówdzie, dając się ograbiać przy kioskach z browarem (6 złotych za piwo w klubie studenckim?! Przyjedźcie do nas - w akademiku dostaniecie dokładnie za jedną trzecią tej ceny - faktem że jakieś siki, ale przecież biedny student nie jest wybredny). Gdy w końcu koncert, który miał się rozpocząć o ósmej miał już dwie godziny poślizgu, ludzie zaczęli się z lekka podkurwiać. Publika zebrała się pod drzwiami do salki koncertowej (też eufemistyczne określenie - na co bardziej cywilizowanych wioskach remizy, w których odbywają się lokalne potupajki są lepiej wyposażone w sprzęt) i przypuściła mały szturm, by dostać się wreszcie do środka. Raz nawet drzwi rozwarły się na kilka centymetrów była więc nadzieja, że wreszcie... ale musieliśmy jeszcze odczekać swoje. Przy okazji nasze zainteresowanie wzbudził człowiek, który rozstawił koncertowy merchandising koło kiosku z browarem, niedaleko szatni. Można było u niego dostać ostatnią płytkę Motorheadów i dwupłytowy, jubileuszowy składaczek dużo taniej niż w sklepach. I chwała mu za to, choć mieliśmy nadzieję, że skoro to rocznicowa trasa, to będą sprzedawać też jakieś koszulki, ale nic z tego. Poprzestaliśmy więc tylko na zakupieniu składanki (niezła - warto ją mieć w swej płytotece).
     Na salę wdarliśmy się około 10 pm. Trochę się w tej Kartaginie pogubiłem z kumplem, ale nie na długo. Techniczni jeszcze składali scenę do kupy, co szło im całkiem sprawnie, był więc czas, by się odnaleźć, a nawet opróżnić przepełniony pęcherz w kiblu, do którego kolejka była niczym w co poniektórych sklepach AD 1981 i choć posuwała się raźnie do przodu, lepiej było stanąć w niej zawczasu, jeśli nie chciało się wyjść w mokrych gaciach. Kibelki Stodoła ma całkiem eleganckie, ale jest ich raczej maławo, toteż co bardziej nerwowi upuszczali nadmiar uryny do zlewów, bądź też korzystali z damskiego przybytku, przez co kolejka szła jakby szybciej. Niektóre panie były nieco skonfundowane tym faktem, ale takie już są prawa wojny. Zresztą - jak to zwykle bywa na podobnych imprezach, kobitek nie było zbyt dużo, za to ich jakość stratę ową wyrównywała z nawiązką.
     Gdy wróciłem z kibla, przeleciało jeszcze tylko kilka puszczonych dla zabicia czasu kawałków AC/DC, ze trzy lub cztery stare numery Iron Maiden i - zaczęło się. Od razu poszło na ostro. Obsuwa sięgnęła trzech i pół godzin, więc support poszedł w odstawkę (a trochę szkoda, bo chciałem zobaczyć co to za cudo ten Speedealer). Wystarczyło jednak, że Lemmy powiedział "Good Evening Warsaw" i wszystko inne przestało się liczyć. Wkurwienie na szatniarzy i cały ten warszawski syf poleciały sobie w kosmos. Zaczęła się totalna masakra. Publika zdziczała. Od pierwszego do ostatniego kawałka rozpierdalaliśmy tę budę, aż cud, że jeszcze stoi.
     Na początek poleciał "We Are Motorhead" - z ostatniej płyty (to tak, jakby jeszcze ktoś miał wątpliwości, na jakiej imprezie się znalazł). Numer z wykopem, więc i my dostaliśmy niezłego amoku. Momentami gówno widziałem, nagłośnienie też nie było rewelacyjne, ale by dobrze nagłośnić tę salkę, trzeba by ją dość mocno przebudować, ale jazda była na maxa.
     Potem poszły starsze kawałki. "Bomber" i "No Class". Przy tym pierwszym bardzo zabrakło mi słynnej instalacji naśladującej He - 111, opuszczającej się nad scenę, no, ale to już nie te czasy i zdecydowanie - nie te warunki. Następnie - "Over Your Shoulder" i "Civil War". Przeleciały powodując niezłe szaleństwo na widowni; no a potem coś znowu - naprawdę starego - "Metropolis". Znany, rytmiczny utwór w wersji live zagrany został dwa razy szybciej niż na płycie, ale to dopiero była rozgrzewka przed tym, co miało nastąpić. Publika była już po tych kilku numerach zgrzana jak diabli, a band zaserwował nam kolejny numer ze swego ostatniego krążka.
     Jeszcze przed koncertem, gdy już zwiedziliśmy całą Stodołę wzdłuż i wszerz tak gdzieś z pięć razy, przysiedliśmy sobie z kumplem na schodach, by dać nogom trochę odpoczynku i poprzyglądać się ludziom. Zauważyliśmy, że wielu kolesi nosi punkowe koszulki - Uk Subs, Sex Pistols, Ramones itd. Nie zdziwiliśmy się zanadto, bo znana jest sympatia Motorheadów do kapel punkowych (vide utwór Ramones, czy liczne wypowiedzi Lemmy'ego), ale pełne zrozumienia przyszło, gdy poleciały pierwsze riffy z "God Save The Queen". No tu już nie było zmiłuj. Sam nie za bardzo wiedziałem, co się wokół dzieje, bo nagle znalazłem się prawie pod sceną, gdzie jakakolwiek próba analizy świata zewnętrznego z góry skazana była na niepowodzenie. Jakoś się z tej kotłowaniny wycofałem i całe szczęście, bo kapela zapuściła nam "Born to Raise Hell". Szczerze powiem - nie wiem jak jeszcze ludziom udawało się skakać, skąd brali siły. Schemat za każdym razem był ten sam. Pod koniec każdego kawałka wydawać by się mogło, że już za chwilę wszyscy padną na podłogę, jednak gdy tylko rozpoczynał się następny, zabieraliśmy się za dalsze rozpierdalanie sali. "Shoot You In The Back" był momentem, w którym mogliśmy trochę odsapnąć, choć też - nie do końca. Następne - "Going To Brasil", "Stay Out Of Jail" i "Damage Case". Ponownie wszyscy dostają amoku.
     Właściwie sam nie wiem, czy kolejność kawałków udało mi się do końca zachować, ale chyba nie to jest najistotniejsze. Najważniejsze, że ludzie dostali koncert, którego długo nie zapomną. Niezaprzeczalną gwiazdą wieczoru był Mickey Dee. Mimo, że siedział za garami miał zajebisty kontakt z publiką. Miał też swoje pięć minut, gdy reszta zespołu zeszła ze sceny, zostawiając go sam na sam z kilkoma tysiącami rozwrzeszczanych fanów w środku utworu "Sacrifice". Już na płycie ten utwór wyrywa flaki ze słuchacza. Natomiast na żywca efekt jest przynajmniej podwojony. Solówka perkusyjna Dee była chyba nawet trochę przedłużona, odnieśliśmy wrażenie, że zespół ma jakiś problem techniczny, ale zaraz panowie wrócili i wszystko potoczyło się dalej. Słynny "Orgasmatron" rozpoczął się chwilą ciemności, rozjaśnioną jedynie zielonym reflektorem skierowanym na wokalistę. Rzecz praktykowana już przez kapelę, jednak i tak powalająca. Kawałkiem tym kapela zapoczątkowała serię super klasyków. Najpierw poleciał zajebisty "Iron Fist", a potem rozwalający wszystkich "Killed By Death", który był chyba najlepiej odebrany ze wszystkich. Wcześniej Lemmy przedstawił cały zespół. "Mikkey Dee. The best drummer in the world!!!" krzyknął i chyba miał rację...
     Ale po wybrzmieniu solówki Campbella w "Killed By Death" światła przygasły... "To jeszcze nie może być koniec!" - pomyślałem. Nie usłyszeliśmy przecież jeszcze nawet połowy z tego, czego się spodziewaliśmy (ja miałem między innymi dużą nadzieję na We Are The Road Crew śpiewany razem z technicznymi zespołu). No i nie czekaliśmy długo. Ludzie byli ciągle jeszcze rozgrzani, po krótkiej chwili na zebranie sił znów dali z siebie wszystko. Starczyło nam jeszcze sił na pozostałe dwa numery - a było to nie byle co.... "Ace Of Spades", a po nim "Overkill", ze słynnymi trzema zakończeniami. Znakomite numery na zamknięcie imprezy i chyba ich największe z największych.
     Na koniec Lemmy tradycyjnie zastrzelił wszystkich ze swojego basu i kapela definitywnie zeszła ze sceny, zostawiając nas stojących pośród noizu sprzężeń z rozdziawionymi gębami, niczym oglądające odlot gęsi dzieciaki z obrazka Chełmońskiego. Pozbieraliśmy się jakoś jednak, rozżaleni, że już po wszystkim. Jeszcze tylko krótka powtórka z trzeciej wojny punickiej w walce o zewnętrzne odzienie w szatni i spoceni jak szczury ruszyliśmy w warszawską ciemność.
     Koncertowy plakat zdarliśmy sobie z jakiegoś słupa dopiero na drugi dzień, tuż przed odjazdem. W końcu udało nam się jakiś znaleźć, a przecież nałaziliśmy się przez te dwa dni niemało.

Alex
+ trochę M4c