© M4c


Zabrze (Polska) - Hala Sportowa
18.10.1995 r. (Środa)

bilet/ticket

     Przenieśmy się w czasie (SF). Jest rok 1995, pięć lat demokratycznych rządów. Moja mama kupuje codziennie Super Ekspres z uwagi na zdrapkę i chęć wygrania czegokolwiek, nieważne co, byle by. Co środę ukazuje się w nim wkładka poświęcona muzyce rockowej. Pewnego pięknego dnia, tuż po wakacjach czytam w nim, że we wrześniu odbędzie się koncert, wiadomo, wielkiego mistrza. Za bardzo w to nie wierzyłem. Gdyby Lemmy mieszkał w Anglii to by to było możliwe, ale będąc w Stanach to mało prawdopodobne. No, ale nigdy nic nie wiadomo. Na drugi dzień o odpowiedniej porze dzwonię do Metal Mind w Katowicach o potwierdzenie przeczytanej wiadomości. Jednak dowiaduję się, że o dziwo koncert miał być we wrześniu, lecz został przesunięty na październik i teoretycznie będzie w Polsce. Ludzie dostałem skrzydeł. Kapela nr 1, przynajmniej dla mnie, znana od 15 lat (1995 r.), będzie w Polsce!!! Dla mnie osobisty szok i wiadomość ta za bardzo do główki nie dochodziła. Dalej czas biegnie bardzo powoli, oj bardzo. Gdzieś pod koniec września, początek października, kolejna wzmianka o koncercie w Super Ekspresie. Ponownie dzwonię i wielki szał i wielkie Yeah!. Motorhead przyjeżdża do Polski 18 października!!!!! Ludziska pragnąc czegoś w życiu nie spodziewałem się, że to się może spełnić. Zobaczyć na żywo Lemmy'ego i jego kumpli. Coś nieprawdopodobnego. Spiłem się tego dnia ze szczęścia. Za parę dni w Opolu przed jednym ze sklepów muzycznych zobaczyłem plakat Motorhead "jedyny koncert w Polsce", oczywiście był już mój i mam go do tej pory. Kupuję dwa bilety, jeden dla żony Gosi [nie przepada za metalem, ale za Motorhead pójdzie ze mną nawet do piekła...(za Motorhead, jak za Motorhead, ale za mężem... - wstawka żony przy korekcie)]. I tak powoli zbliża się jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.
     Przychodzi w końcu upragniona środa 18 października. W pracy biorę urlop i samochodem Porsche "126p" z epoki Gierka, rocznik 1979, wyruszam w wielką podróż do Zabrza na spotkanie z legendą. Mając na karku 30 lat czuję się jak gówniarz, dostaję wypieków na twarzy, nie wiem za bardzo co się ze mną dzieje. Z tego wszystkiego gdzieś przed Śląskiem tankujemy i z wrażenia ze stacji wyjeżdżam bez korka paliwa, który kupuję już w Zabrzu. A w Zabrzu, no cóż, wielkie, przykre i smutne rozczarowanie. Na żadnym słupie ogłoszeniowym brak jakiegokolwiek plakatu, czy też minimalnej informacji o koncercie. Notabene w tym czasie prenumeruję "Tylko Rock" i też nic nie było wspomniane o tak ważnej kapeli. Pomimo, iż w "Rock Encyklopedii" Wiesława Weiss'a z 1991 roku napisano "...odnowiciele rocka, a zwłaszcza muzyki heavy metal. Ich proste hałaśliwe utwory w szaleńczych tempach stały się źródłem inspiracji dla wielu zespołów punkrockowych i thrashmetalowych...". No cóż trzeba było to jakoś przeżyć. W Zabrzu jestem parę godzin wcześniej, podchodzę pod halę, gdzie ma być koncert, a tu hala jeszcze zamknięta. Na szklanych drzwiach przyklejony niewielki czarno-biały plakacik informujący o koncercie i cenach biletów, a obok niego o wiele większy informujący o lekcjach tańca. Paranoja, ale to w tym kraju normalne. Jeszcze trochę wcześniej wraz z żoną obszedłem halę dookoła i z tyłu wejścia spotkałem dwa autokary, oczywista Motorhead, ale były pozamykane, a szyby w nich całkowicie czarne, więc nic nie można było zobaczyć. Potem podchodzę do jakiegoś tylnego wejścia, słyszę muzykę... to "Sacrifice" - to próba, nogi w kolanach mi się uginają. Próbujemy wejść tym wejściem, ale ochroniarz nas zatrzymuje, niestety nie mam przy sobie pieniędzy, gdyż płacę kartą i nie mam co w łapę wsadzić. No cóż, Polak mądry po szkodzie. Ale po jakimś czasie wchodzimy do hali o dziwo bez tłoku - spoko, całkiem inaczej niż w Warszawie. Hala zapełniła się raptem do połowy, w tylnej części barek, można coś przegryźć, coś się napić i dojść do niego bez problemu. Na początek ruszył KAT. Bardzo ich lubię, koncert ich pamiętam jeszcze z lat 80-tych. Pomimo, iż grali szybko i dynamicznie jakoś ich utwory mi się bardzo dłużyły. Wiadomo czekam na kogoś innego. No dobra, Kat kończy. Składają ich sprzęt i pojawia się scena Motorów w postaci płachty z logo i oczywiście nic więcej. Ale to nic. Zanim rozpoczął się koncert "Wielkich" udało się mi przedostać na prawą stronę hali do barierek, do których w pewnym momencie podeszła jakaś klientka i pozbierała od niektórych bilety, a następnie poszła gdzieś na zaplecze po podpisy. Po chwili wraca... oczywiście było więcej chętnych niż tych, którzy dali bilety, ale żona zdobyła dla mnie bilet z podpisami Phil'a oraz Mikkey'a, niestety Lemmy w tym czasie odpoczywał przed koncertem zamknięty w swoim pokoju i nikogo nie przyjmował. He, he, he. Po chwili (!!!!), obok barierek przechodzi... aaaaaaaa Lemmy, Campbell, a po chwili Dee!!! Na początku jeszcze nie załapałem za bardzo kogo widzę, ale potem zajarzyłem - byłem wpatrzony jak świnia w niebo na to, co ONI robią.
     Lemmy wchodzi na scenę przedstawia się i mówi, że są Motorhead i pierdziud zaczynają ... oczywiście, no czym... wiadomo, super klasykiem "Ace Of Spades". Ja oczywiście odpływam, nie mogę uwierzyć, że na żywo słyszę ten utwór. Motorhead uderzył, jak ktoś gdzieś napisał, według receptury Alfreda Hitchcocka - najpierw trzęsienie ziemi potem napięcie musi rosnąć. Gdy zabrzmiała muzyka, lekko łysiejący panowie w eleganckich płaszczach i koszulach zaczęli je ściągać, a oczom ukazały się koszulki z odpowiednim logo. Z uwagi na ich "przyległość do ciała", widać było, że te koszulki, jak ich właściciele, przez dobrych parę latek już kibicują heavy metalowi. Tutaj chciałem zaznaczyć, co wydaje mi się, że powinno być na początku, że na koncert to ja jechałem jak na spektakl. Praktycznie nie wiedziałem co się wokół mnie dzieje, lecz tylko patrzyłem na kapelę. Na początek spoglądałem na długie, jeszcze puszyste, włosy Lemmy'ego. Wpatrzony byłem w jego nieprzeciętną buźkę. Widziałem do góry zadartą twarzyczkę i porykiwanie do mikrofonu, ustawionego oczywiście do góry. W trakcie koncertu śledziłem dokładnie jego ruchy (chwyty) na gitarze i jakoś wydawało mi się, że za bardzo dużo ich nie używa. Lemmy po staremu ubrany w obcisłe spodenki z odpowiednim szerokim pasem, czarna koszulka. Praktycznie wygląd całej grupy nie różnił się zbytnio od wyglądu jaki widzieliśmy w Warszawie. Co do dalszych utworów zaśpiewanych słodkim głosem Lemmy'ego, oj to sobie muszę odświeżyć troszkę pamięć. Na pewno był "Sacrifice" i inne jeszcze utworki z tej płyty (sorry, ale dokładnie nie pamiętam jakie). W tym okresie to była promocja tej płyty. W każdym bądź razie na pewno były jeszcze zagrane utworki: "Orgasmatron", z obowiązkowym podkreśleniem twarzyczki Lemmy'ego na zielono (oj Lemmy, pięknie wyglądasz), na pewno był nieśmiertelny "Overkill", który zakończył niestety ten ważny dla mnie koncert i dzień w życiu. Ponadto można było usłyszeć "Killed By Death", rock'n'rollowy utworek "Going To Brasil", nie obyło się też bez "Metropolis", "Stay Clean" oraz równie wiecznego "Bomber". Niestety nie było żadnego bombowca, tylko masa świateł. Były też ich balladki, ale zagrane oczywiście o wiele szybciej niż na płycie, aj wielki odpał. Podobnie jak w Warszawie tu również można było usłyszeć solo na perkusji Mikkey Dee, w czasie którego Lemmy i Phil chowają się z tyłu za sceną i troszkę odpoczywają przy papierosku. Kopcą równo i soczyście, dym pojawia się nawet na scenie. Między utworkami Lemmy popija sobie coś, wznosząc od czasu do czasu okrzyki chwalące polską wódkę. Jak to bywa u dżentelmena po każdym utworku dziękuje wszystkim za wysłuchanie jego wspaniałej kompozycji. Niestety nie jestem polonistą, lecz mam umysł ścisły i nie potrafię w pełni oddać całej tej wspaniałej atmosfery koncertu, gdzie nie było żadnej bijatyki, żadnego przepychania, żadnej awantury. Uważam, że taki koncert, choć mało nagłośniony przez media, był dla mnie jednym z najważniejszych epizodów w życiu. Można by powiedzieć krótko - koncert był zajebisty, zagrany równo, szybko i na temat. Patrząc teraz z perspektywy czasu nie był on bardzo odmienny od tego w Warszawie.
     Jeszcze przed koncertem, w trakcie i po nim długo jeszcze do mnie dochodziło, że widziałem i to na żywo (znając wszystkie dotychczasowe koncerty jakie ukazały się na video) swoją najlepszą na świecie kapelę. Było to dla mnie ogromne przeżycie, którego nigdy do końca życia nie zapomnę. Wracałem w ciemnościach do domu i przez całą noc nie spałem. A na pamiątkę mam bilet, plakat i niezapomniane wspomnienia.

Spisał, dla najlepszej strony o Motorhead w Internecie, Robert.
(Thankx :-] - przyp. M4c)