© M4c



Opis płyty

M4c

       Taaaak, tę płytę zawsze trudno mi było jednoznacznie ocenić, zresztą podobnie jak następną. Bo z jednej strony, to ostatnia płyta z najbardziej klasycznym składem, kontynuacja sukcesów z poprzedniej płyty "Ace Of Spades", 6 miejsce na brytyjskiej liście przebojów, kilka zajebistych kawałków, ale z drugiej strony niedociągnięcia w produkcji (którą zajął się sam Eddie Clarke z pomocą Will Reid Dicka), krytykowana przez Lemmy'ego i jako całość trochę słabsza od paru poprzednich płyt.
       Ale przejdźmy do konkretów....
       Płyta zaczyna się bardzo obiecująco. Tytułowy "Iron Fist" startuje jak odrzutowiec i "impreza zaczyna się na całego". Zdecydowanie najlepszy kawałek z płyty i jeden z najciekawszych przebojów grupy, wykonywany na koncertach po dziś dzień. Killer!!! Później z poziomem jest już różnie. "Heart Of Stone" robi już słabsze wrażenie. Sam w sobie jest niezłym utworem, ale po prostu po takim czadziku jak "Iron Fist" wypada średnio.
       Przychodzi czas na skoczny "I'm The Doctor", a po nim "Go To Hell", z fajnym motywem gitarowym. Kawałki robią co prawda bardzo dobre wrażenie, ale do ideału brakuje tego czegoś. No cóż, odzywa się nie za dobra produkcja Clarke'a. Przy "Loser" impreza trochę zwalnia, ale nie jest to wcale słaby kawałek. Uwagę zwraca zwłaszcza mostek w drugiej części kawałka. Przy "Sex And Outrage" jest już znowu szybciej i nogi same rwą się do tańca. "America" to już mój faworyt w tym zestawie. Zawsze lubiłem ten kawałek i kiedyś wspólnie z kumplami nawet go coverowaliśmy. Szybko przelatuje "Shut It Down" i ciekawy rytmicznie "Speedfreak" - "Faster, faster..." (słowo "speedfreak" oznacza to samo co "motorhead", tylko w angielskim slangu).
       A teraz czas na dwa "manifesty". Pierwszy "(Don't Let'em) Grind Ya Down" skierowany jest przeciwko wszystkim tym, którzy "wbijają innym szpile" i chcą za wszelką cenę kogoś udupić. Drugi "(Don't Need) Religion", to wypowiedź Lemmy'ego na, jak można się domyślić, temat religii. Na końcu jest jeszcze raczej nie zachwycający "Bang To Rights". Ogólnie końcówka jest jak dla mnie przeciętna.
       Mimo wszystko ta płyta zdecydowanie zasługuje na uwagę. Kończy pewien okres działalności grupy, po którym zaczęły się różne roszady personalne. Z jednej strony to szkoda, że to ostatnia płyta z Clarkiem. Z drugiej jednak strony jego odejście pozwoliło pokierować grupę na inne tory. A przede wszystkim to dobrze, że powstała taka płyta.

Robert

       Wstyd jest mi, że "Iron Fist" na początku 2004 roku nie posiada recenzji. Dla mnie najlepsza płyta Lemmiego i jego spółki Motorhead. Troszkę do niej zbliżyła się "We Are Motorhead" ale z uwagi na balladę nie dorównała jej. Na "Iron Fist" nie uraczysz żadnej ballady, jakie zaczęły się ukazywać na płytach Motorhead od lp "1916". Jest to siarczyste, dynamiczne, bezkompromisowe łomotanie jakie nauczył mnie Lemmy i za to go właśnie pokochałem i uwielbiam do tej pory.
       Ale wracając do płyty, to na dzień dobry mamy "Iron Fist" klasyka wcale nie gorszego od "Ace Of Spades" i wykonywanego na niemal każdym koncercie Motorhead. Na bootlegu "Jailbait" nie ma "Ace..." ale zaczyna się właśnie Iron Fist. Tak na marginesie mówiąc gdyby "Iron Fist" lepiej promować to byłaby ich najlepsza płyta i klasyka dla wszystkich. Np. Sodom nie zagra żadnego koncertu bez utworu "Iron Fist". Coś w tym musi być.
       Po dostaniu porządnego kopa w postaci tytułowego utworu do naszych uszu dociera następny łomot, tym razem w postaci "Heart Of Stone". Krótko, szybko i na temat. Numerem trzecim jest "I'm The Doctor" mój najbardziej ulubiony utworek ze specyficzną melodyką Motorhead. Kolejny utwór o konkretnej nazwie "Go To Hell" cudowny słowikowy śpiew Lemmiego. Dalej "Loser" coś dla odpoczynku, nie, nie, nie kiczowata ballada lecz ot taki sobie kawałek cięższy niż obecny chłam w postaci nu-metal. Ale dalej kolejny super numer porządne grzanie w postaci "Sex & Outrage". Coś wspaniałego. Potem utwór "America" Lemmy chyba chce zdobyć te fałszywe, imperialistyczne, pełne obłudy i gnoju amerykańskie gówna. Ale kolejnym utworem wraca do konkretnej normalizacji Motorhead. Do końca płyty pozostajemy już pod super, wspaniałym, dynamicznym i niezłym wykopie graniu.
       W sumie płyta jak wspomniałem na początku jest najlepszą w dorobku Motorhead. Szybkie, konkretne granie 12 utworów w 36 minut standard punk rockowy nie znudzi cię na pewno w porównaniu z ponad 70 minutowym ohydnym nu-metalem np. ostatnia metallica. Wręcz przeciwnie ponownie od początku zaczynam słuchać, ciągle za mało.
       A na koniec wszystkim proponuje posłuchać sobie utworu numer 11 "(Don't Need) Religion" i jak możecie dajcie go sobie na prawie full we wzmacniaczu, to jest dopiero odjazd. Nie obawiajcie się o uszy. Ja od 1979 słucham głośno metalu i po ostatnich badaniach okresowych lekarz powiedział mi, że słuch mam w normie. Więc spoko dawajcie czadu przy muzyce Motorhead, która jest piękna, którą cechuje wspaniała harmonia barw i dźwięków!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Spis recenzji