© M4c



Opis płyty

"Teraz Rock" nr 8/2004 (18) - Paweł Chmielowiec

       Motörhead to jedna z tych kapel, za które każdy fan dałby się pokroić. Taki pewniak. Od lat robią swoje i nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Miło napisać, że najnowsze dzieło z pewnością podtrzymuje ten chlubny wizerunek.
       Niby żadnych niespodzianek, a jednak spadłem ze stołka już po kilku sekundach. Tak wybuchowego kawałka na otwarcie jak "Terminal Show" Lemmy i spółka nie mieli od 1995 roku i albumu "Sacrifice". Brzmienie gitar, uderzenie perkusji. Wszystko po prostu miażdży.
       Sporym zaskoczeniem jest tutaj gościnny udział wirtuoza gitary Steve'a Vai (usłyszeć go można jeszcze w "Down On Me"). Niektórzy może już mamroczą cos pod nosem, ale powiem szczerze, że gdybym nie wiedział wcześniej, nie poznałbym. Solówka jednak brzmi zawodowo i wpasowuje się w klimat kompozycji doskonale. W "Killers" robi się już bardziej swojsko. Dalej z obowiązkowym impetem, ale już bardziej melodyjnie (od tego refrenu ciężko się opędzić). I taką wymienną jazdę mamy niemal do końca. Czasem bezlitośnie ostrą ("In The Name Of Tragedy", "Fight"), czasem spokojniejszą ("Keys To The Kingdom"), ale przeważnie szybką, stylowo rock'n'rollową ("Life's A Bitch", "Smiling Like A Killer"). Na koniec zespół zostawia jeszcze najlepszy smakołyk. Cudownie ascetyczny numer "Whorehouse Blues" (osobliwa parafraza presleyowskiego "Jailhouse Rock"), zaaranżowany wyłącznie na gitarę akustyczną i harmonijkę. Rzecz ewidentnie nawiązuje do tego, co Lemmy zaproponował kilka lat temu pod szyldem Lemmy, Slim Jim & Danny B (dla przypomnienia: w 2000 roku Lemmy z kolegami nagrał album wypełniony rock'n'rollowymi standardami). Dla mnie bomba.

Marcos

       Mieliście kiedyś tak, że odpalając płytkę Motorhead myśleliście, że już nic Was nie jest w stanie zaskoczyć? W końcu Lemmy i spółka zawsze prezentują wysoki poziom, a ich kolejne kawałki i albumy choć tak różne, to zwykle trzymają się jakichś niepisanych zasad? Główną zasadą zapewne była 'nigdy nie zawieść fanów'. I jak do tej pory udawało im się to znakomicie.
       Myślicie teraz, że najnowszy album Naszych Trzech Bohaterów okazał się nie spełniać tych wymogów? Odpowiedź brzmi jasno i wyraźnie - nic z tych rzeczy. Album już od pierwszych chwil zaskakuje. Szybkością, świeżością i dużą dozą tego, czego do tej pory w Motorhead nie bywało. "Terminal Show" - kapitalny kawałek rozpoczynający album doskonale wprowadza Nas w jego klimat. Szybki, czasem wręcz szaleńczy z gościnnym udziałem Steve Vaia. Czy to możliwe, żeby Motorhead po tylu latach zapierdzielał z taką szybkością? Niedowiarkom proponuję przesłuchanie tego kawałka. Chwila ciszy i oto jest, numerek dwa, czyli "Killers". Zabójczy kawałek o zabójczych chłopcach. Trochę wolniejszy, inny od poprzedniego. Daje chwilę wytchnienia, zwalnia tempo, aby album mógł Nas zaskoczyć jeszcze bardziej. Prawdę mówiąc podczas pierwszego przesłuchiwania tego materiału co chwila jesteśmy czymś zaskakiwani. "In The Name Of Tragedy" - czy znaliśmy kiedykolwiek Motorhead od tej strony? Zakręcony, z ciekawymi bębnami w wykonaniu Mikkey'a. Zresztą do tego gościa nabrałem po tym albumie dość sporo szacunku za to co robi. Bo napocić musiał się na pewno nieźle. A ten kawałeczek? Porządny, z ciekawym tekstem. Co więcej gadać, trzeba go przesłuchać. Bez zbędnych upiększeń, po prostu prosto i do przodu, ale ciekawie inny. Dalej będzie jeszcze ciekawiej. Zaczyna powoli zalatywać balladami? Nie, to chyba niemożliwe. Ten album powala szybkością od początku i tak ma zostać. Wolniejszy "Suicide" to jedynie pretekst do chwili wytchnienia. Monsieur Campbell jak zwykle daje swój popis gdzieś w okolicy środka kawałka, a potem raczy Nas swą gitarą jeszcze raz pod koniec. Cisza i na scenę wpakowuje się "Life's a Bitch". Pod tym intrygującym tytułem kryje się nie mniej intrygujący kawałek. Naprawdę pozytywnie zakręcony. Czy trzeba czegoś więcej? Skoro nie, to już wsłuchujemy się w wykrzykującego pierwsze słowa kawałka "Down On Me" Lemmy'ego. Jeden z moich faworytów z tej płyty, chyba głównie przez strasznie melodyjnie wyśpiewany chórkiem refren. Po prostu taki pozytywny kawałek z niebanalnym tekstem. Przyjemnie się tego słucha, choć tak naprawdę to kawał dobrego, surowego ognia. Aż się nie chce wierzyć, że trwa cztery minuty, bo mija bardzo szybko ustępując kolejnemu wyrobowi balladopodobnemu pod tytułem "In The Black". I tu też pojawia się ciekawy refren, i kawał dobrej muzy. Zaraz jednak atakuje Nas "Fight", czyli kawałek niezbyt rozbudowany tekstowo. Za to brzmi miodnie. Lemmy na początku coś tam recytuje, a kawałek jest zwarty i szybki. I co teraz powinno nastąpić? Tak jest. Nie mylicie się. Teraz chwila ballad a'la Motorhead. Chociaż tak na dobrą sprawę to do ballad zostało jeszcze kilka chwil, to jednak zarówno "In The Year Of The Wolf" jak i "Keys To The Kingdom" są spokojniejsze od reszty. Ten pierwszy czasami ma jeszcze zadatki na coś szybszego, ale za to "Keys..." to mój kolejny faworyt. Spokojny, bardzo 'majestatyczny' kawałek. Polecam, bardzo relaksujący. Na pewno bardziej niż szumy wodospadów czy ryki krów o poranku. "Smiling Like a Killer" wybudzi wszystkich tych, którzy popadli w zadumę przy poprzednich utworach. Czyżby chcieli zakończyć album z wielką prędkością? Ten kawałek skłania do takich przypuszczeń. Szybki, zwarty i trwający nieco ponad dwie i pół minuty. Nie wiadomo nawet dobrze kiedy przemknął Nam przed uszami. Ale co to? Lemmy odlicza i po chwili odpala... akustyczną? "Whorehouse Blues" to po prostu blues unplugged w najlepszym wykonaniu. I niech mi ktoś powie, że tytuł mistrzowski nie należy się Motorheadowi za te wszystkie emocje...
       Chcecie podsumowania? Dwanaście kawałków trwających około czterdzieści dziewięć minut. A tak bez zbędnej matematyki - naprawdę porządnie zagrany album. Założę się, że wielu niedowiarków nie uwierzyłoby, że Motorhead może zagrać tak zajebisty album. A jednak. Drżyjcie głupcy, bo tego lata Lemmy i spółka atakują!
       Jak zwykle na koniec o dodatkach do płytki. Pobiegnę owczym pędem i zacznę się roztkliwiać nad 'pięknym slipcase', w który zapakowana jest płytka. Pomysł naprawdę trafiony, szczególnie, że to dwie płytki - cd z tym jakże niesamowitym albumem i dvd. Na tej drugiej znalazły się teledyski do "Brave New World", "Serial Killer", oraz "We Are Motorhead" - znany doskonale tym, którzy posiadają dvd "Boneshaker", gdyż jest to kawałek wycięty z koncertu z okazji 25 lecia zespołu. Poza tym znalazł się wywiad połączony z opowieścią o tworzeniu nowego albumu, czyli całkiem solidny, dziewięciominutowy wywiad z zespołem. Bardzo miły prezent od spv, a cena w Polsce nie jest zbyt wysoka, wiec spokojnie każdy fan może sobie pozwolić na taki wydatek. Szczególnie, że album jest warty każdej złotówki na niego wydanej. POLECAM!!!

Spis recenzji