© M4c



Opis płyty

"Tylko Rock" nr 4/2002 (128) - Igor Stefanowicz
7 gwiazdek na 10 możliwych (odpowiada to )

       No i co by tu napisać? Właściwie wszystko po staremu, w porządku. Starych drzew się nie przesadza. Można rozwodzić się nad tym, że "Hammered" tak a tak różni się od poprzedniczki, ale tak naprawdę tę jazdę to my już znamy. Motorheadowe boogie, dość melodyjne i tradycyjnie czadowe. Czasem spokojniejsze i bardziej misterne ("Walk A Crooked Mile"), czasem nachalne i proste ("Brave New World") i przy tym bezczelnie szybkie ("Red Raw"). Natomiast "No Remorse" jest dość ciekawie połamany rytmicznie. Poważniejszą niespodzianką na pewno będzie kończący płytę monolog Lemmy'ego zatytułowany "Serial Killer". Deklamacja o dość jednostajnym metrum, ale za to głos zmienia się Lemmy'emu na coraz groźniejszy - wyznanie seryjnego mordercy groźne być musi. Motorhead pozostaje Motorheadem, ale w kilku utworach pojawiają się niemal dokładne cytaty z twórczości innych kapel. Riffy z "Voices From The War" i "Mine All Mine" może nie nadają się do wszczęcia sprawy o plagiat, ale pierwszy jakoś tak przypomina "Let There Be Rock" AC/DC, zaś drugi "I Was Made For Lovin' You", taki stary numer Kiss. Jedno jest pewne - glos Lemmy'ego pozostanie charakterystyczny, z miejsca rozpoznawalny, nawet gdyby artysta sięgnął po "Bogurodzicę".

Bolo

       Prawdziwa finezja.Super technika połączona z charakterystycznym powerem ze starych płyt. Szczerze polecam.

sinister13

       Nowa płytka całkiem niezła. Baaardzo polecam początkujacym odbiorcom. Trochę kiczu, baardzo szybkiej muzyki i kosmiczno-gwoźdźiowo-rdzawego 50-cio letniego głosu nikomu nie zaszkodzi:))))

konrad

       Dobry album, ale nieco za wolny bez "Red raw". Ma w sobie to coś co powinien mieć album Motorhead.

Marcos

       Płytka spotkała się z ciepłym przyjęciem ze strony naszej rodzimej prasy muzycznej. Tylko Rock wystawił chłopakom siedem gwiazdek na dziesięć, a w Mystic Art Nergal (Behemoth) i Jaro.slav. (Lux Occulta) też nie przyczepiają się do albumu, tylko żywo komentowali jego zawartość. W obu wymienionych pismach znajdują się też wywiady z Mikkey'em Dee. Zacznijmy słuchać.
       Płytę rozpoczyna kawałek "Walk A Crooked Mile". Tym razem album otwiera solo na basie. Miłe. Zresztą kawałek ten jest przedni - takie małe, jak najbardziej miłe zaskoczenie. Cóż, za to właśnie dostają kolejne gwiazdki do ostatecznej oceny ;) Kawałek dość długi, ale jak to bywa w przypadku Motorhead nie ciągnie się w nieskończoność, a po solo Campbella znów zdaje się przyspieszać. Zresztą zaczynam coraz bardziej szanować i cenić tego gitarzystę. "Down The Line" zaskakuje od początku. Dee wystukuje jego pierwsze takty, a potem numer powoli zaczyna się bujać w głośnikach. Lemmy jak zwykle musi coś zaśpiewać do jednej z kobiet swego życia (źródła takie jak Mystic Art podają, że miał ok. 1500 "dziewczyn", więc ma jeszcze materiał na kilka piosenek :) ). Te dwa pierwsze kawałki wydają się być trochę dziwne, ale są naprawdę niezłym początkiem tego albumu. Bo to co dziać się będzie dalej wymaga delikatnego wprowadzenia. Zwróćcie uwagę na ciekawą partię basu w środku tego numeru, potem będą jeszcze ciekawsze (vide "No Remorse"). Nareszcie - powiedzą spragnieni szybkości. "Brave New World" daje im nadzieję - wjeżdża szybko i w starym stylu. Polecam, tym którzy mają możliwość, zobaczyć teledysk do tego numeru. Ciekawa kompozycja wideo. Nie to co np. teledysk do "God Save The Queen" z poprzedniego longa, ale ciekawy. A sam kawałek? Jak dla mnie przedni - zanim jeszcze kupiłem album, to widziałem teledysk na vivie plus i przekonał mnie... do kupna tego krążka. Szybkość to główna domena tego numeru - Phil wymiata w przerwie między drugą i trzecią zwrotką aż miło posłuchać. Tekst? Sprawdźcie sami. Jedziemy dalej. Czwarty kawałek - "Voices From The War" - zaczyna Dee. Jego gra zawsze mi się podobała, on jedyny gra tak jak lubię. Numer trochę zwalnia tempo, które narzucił "Brave..." i powoduje dłuższe zastanowienie nad tekstem. "Mine All Mine". Cóż, powrót do luźnych tekstów i ciekawie zagranego rock'n'rolla. Nie jest to niestety demon szybkości, ale słucha się tego naprawdę przyjemnie. Ciekawy jest zestaw instrumentów wykorzystanych w tym kawałku. Może trochę trudno je wychwycić, ale próbujcie. Powrót do korzeni rock'n'rolla? Czy Motorhead musi do nich wracać? Przecież oni są jak jeden z tych korzeni. Dalej jest "Shut Your Mouth", który rozbuja wszystkich, szczególnie okrzykami Lemmy'ego. Ciekawie skonstruowany refren - śpiewany i recytowany. Tu też pojawia się wspominany wyżej instrument, szczególnie słyszalny pod koniec utworu. Kolejną partią soczystego basu wita nas "Kill The World". Utwór ciekawy, choć zagrany dość ciężko. I to jest piękne w tym albumie - tu właściwie jest wszystko za co kochamy Motorhead. "Dr. Love" to kolejny lżejszy kawałek. Znowu śpiewa o kobiecie, która przykuła jego uwagę... i nie tylko... I teraz następuje mój masterpiece. Kawałek, który uwielbiam - "No Remorse". Ten głos, ten bas, te gitary i bębny i reszta oprawy. Ten nastrój. Posłuchajcie tego w ciemnym pokoju ze słuchawkami na uszach. Efekt gwarantowany. Środek utworu - genialne solo na basie i gitarze, o którym wspominałem już wcześniej. Do tego te bębny... Dla takich dźwięków warto nabyć ten album. Refren też ciekawie zaplanowany. Za sam ten kawałek przyznałbym najwyższą notę. I zaraz potem zaczyna się... Kto narzekał jeszcze przed chwilą na brak szybkiego tempa niech to teraz odwoła, bo "Red Raw" jest naprawdę wymiatający i do tego ten tekst... Kurczę, aż szkoda, że to właściwie ostatni kawałek tego genialnego albumu. Potem jest bowiem "Serial Killer", czyli opowiadanie Lemmy'ego. Polska prasa muzyczna nie rozumie tego dodatku i bardzo im on przeszkadza. Może jestem inny, ale dla mnie to integralny element tego albumu pozwalający się trochę wyciszyć po zapieprzającym "Red Raw". I tyle.
       Na tym kończą... a ja znów wybiorę numer dziewiąty i zgaszę światło... Ja, nie jestem oryginalny i przyznaję zespołowi najwyższą notę. Dlaczego? To proste - oni grają wciąż na zajebistym poziomie i nie zmieniają tego od lat. A choćby taki "Stiff Upper Lip" AC/DC rozczarował mnie, bo chłopcy wg mnie dali ciała. A teraz dajcie mi spokój, chcę tego albumu posłuchać raz jeszcze...

Spis recenzji