© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

CZĘŚĆ 7


       No ale czas najwyższy na premierę. Po smutnych doświadczeniach z Bronze lepiej dmuchać na zimne, więc postanowili zabezpieczyć się i od tej strony. Niezmordowany Doug Smith powołał do życia firmę GWR Records, przy okazji ściągnęli tutaj Fastway, Girlschool i paru innych znajomych, i odtąd również sprawy nagrań trzymać będą w swoich rękach. Pierwsza od trzech lat płyta miała nazywać się Riding With The Driver, a przygotowywali ją nadzwyczaj starannie. Sesja w nowych, znakomicie wyposażonych londyńskich studiach Master Rock, przy 248 Kilburn High Road (48 kanałów, system DAT, super-zaplecze, komfort i luksus w każdym calu), miksowanie i końcowa obróbka w Power Station, w Nowym Jorku (wiadomo!!!). Niemałą sensację wzbudziła osoba producenta. Bill Laswell, rozchwytywany ostatnio młody amerykański instrumentalista i kompozytor, zasłynął głównie na polu eksperymentów z pogranicza rocka, jazzu i muzyki free. Z metalem niewiele miał do tej pory wspólnego, a jeśli już, to nie typu Motorhead. Do diabła, co też z tego wyjdzie? Latem 1986 roku wszystko już wiadomo. Longplay ostatecznie nosi tytuł Orgasmatron, a wszelkie obawy okazały się płonne. Laswell Bogu dzięki nie silił się na żadne rewolucje, nie psuł tego co dobre - zostawił potężne, zwalające z nóg brzmienie, jest ta sama niesamowita energia i gitarowy ogień (teraz podwójny!); zadbał natomiast o aranże, o formę, poustawiał wszystko jak należy. No i nie tracąc niczego ze swych walorów, kapela nareszcie porządnie brzmi: czysto, przejrzyście i z klasą; ba, można tu znaleźć nawet odrobinę melodii! Od Deaf Forever na wykop, przez Nothing Up My Sleeve, Ain't My Crime, Claw, Mean Machine, Built For Speed, Riding With The Driver, Doctor Rock po Orgasmatron - dziewięć numerów podpisanych Kilmister-Burston-Campbell-Gill, okrągłe 35 minut 35 sekund zapierającego dech w piersiach grania. Sporo kontrowersji wzbudził z początku tytuł; kojarzono wiadomo jak, i podobno były nawet w Niemczech kłopoty przy wydaniu. Gdy tymczasem już pierwsze linijki tekstu rozwiewają wątpliwości, że nie chodzi tutaj o żadne perwersje seksualne: "I am the one, Orgasmatron, the outstretched grasping hand, my image is of agony, my servants rape the land, obsequious and arrogant, clandestine and bain, two thousand years of misery, of torture is my name, hypocrisy made paramount, paranoia the law, my name is called religion, sadistic sacred whore.". Resztę wyjaśni Lemmy: "To o religii, wojnie i politykach, nie o...ech!...Trzy lata minęły od naszego ostatniego albumu, więc chcieliśmy pokazać, że Motorhead jest głośniejszy i lepszy niż kiedykolwiek przedtem. Włożyliśmy w nagrania tyle czasu i wysiłku, że chyba musi nam to przynieść sukces. Po prostu czujemy to. Wiem, niektórzy ludzie postawili już na nas krzyżyk, lecz ja się do nich z pewnością nie zaliczam! Ten album to klasyczny Motorhead, ale z paroma nowymi rzeczami wrzuconymi do środka. Myślę, że każdy kto lubił nas w przeszłości lubił nas będzie nadal. Nie oczekujemy cudów. Wiemy, że aby mieć jeszcze większe sukcesy, po prostu musimy podnieść nasze dupy i wyruszyć w drogę na długo, długo. Czekamy właśnie na to, jesteśmy gotowi. Bo wciąż jesteśmy najgłośniejszym, najbardziej zepsutym zespołem na świecie. Nasza gra jest bez reguł. Rock'n'roll potrzebuje teraz takich złych chłopaków, właśnie takich jak my. Ja kończę 41 lat i od dwudziestu czterech związany jestem z rock'n'rollem. Dalej noszę dżinsy i oglądam się za ładnymi dziewczynami, często jestem bez forsy i żyję jak przed 24 laty. Po nagraniu tej płyty wszyscy zaczęli mnie poklepywać i stawiać drinki. Jutro ci sami ludzie będą na mnie pluć i odwracać się do mnie plecami. Tak, bo właśnie takie są reguły rock'n'rolla i ja je szanuję. Wszystko.". Przygotowali nowy, bardzo atrakcyjny show i znowu w drogę. 16 sierpnia debiutują wreszcie na Castle Donington, bez wątpienia reprezentacyjnym festiwalu brytyjskich ludzi metalu. Honory gwiazdy pełnił tutaj szalony Ozzy Osbourne, oni wśród jego świty, razem z Def Leppard i Scorpions, ale i tak zamówili sobie na tę okazję... nic innego, jak tylko oryginalnego Messerschmitta! A co, jak szaleć to szaleć. Potem udane tournee po kraju, markowe sale i tłumy na widowni, w październiku są już w Stanach. Zaczęli w Oakland w baaaardzo bojowych nastrojach, meta w Providence i miny już nie te. Po prostu znowu nie udało im się rzucić Jankesów na kolana; raz jeszcze wrócą na tarczy, trudno. Przed Bożym Narodzeniem zdążyli obskoczyć RFN, a Motor-bonzo pamięta stamtąd taką niewinną historyjkę: "Graliśmy w Berlinie Zachodnim i po koncercie Wurzel wychlał całą butelkę wódki, żeby zrobić wrażenie na dziewczynach. No i te ptaszyny wyniosły go potem stamtąd, z powrotem do hotelu. Zaniosły do pokoju, zaś ten z miejsca wyrzygał prawie wszystkie bebechy. Phil opowiadał, że jechał wtedy windą i czuł odór z tamtego pokoju, choć był pięć pięter niżej, a drzwi od windy były zamknięte! Wurzel obudził się nazajutrz rano, z mordą w wielkim, dymiącym pawiu, obok dziewczyna, ten spojrzał na nią i zapytał: -A ty kim jesteś? Kurwa, co za opanowanie! A potem musiał zapłacić extra pokojówce, żeby wszystko posprzątała.". Nieszczęsny Wurzel ani myśli zaprzeczać, zresztą jego słabość do mocnych trunków to żadna tajemnica: "Owszem, jak tylko pierwszy raz wyjechaliśmy razem w trasę, przez cały czas byliśmy na bani. Gorzały mieliśmy zawsze pod dostatkiem, ciągnęliśmy równo, wszystko jedno gdzie - w pokoju hotelowym, w autobusie czy garderobie. Potrafiliśmy chlać 24 godziny na dobę, aż do nieprzytomności. Ale przed występem zawsze braliśmy się w garść i stopowaliśmy. To oczywiste, przecież tyle dzieciaków przychodzi na nasze koncerty, niektórzy muszą naprawdę ciężko pracować by zarobić na bilet. Wiemy o tym i dlatego jeśli już, popijawy zawsze przenosimy na potem, po koncercie. Zresztą, z fanami zawsze mieliśmy dobre stosunki. W końcu robimy to dla nich nie?".
       A w marcu...sensacja to może nie jest, ale niespodzianka dużego kalibru na pewno: wraca Philthy Taylor!!! Wrócił jednak na stare śmiecie, za co Lemmy ręczył kiedyś głową; po trzech latach, ale jednak. Co porabiał przez ten czas? Po odejściu rzeczywiście próbowali z Robbo zmontować jakiś zespół - doszlusował do nich basista Chris Glen z Michael Schenker Group, zrobili demo, mieli spore nadzieje. Niestety, czupurny gitarzysta po raz nie wiadomo który nie potrafił poskromić swoich słabości (i staczać się będzie coraz bardziej), i sprawa upadła. No to pociągnęli we dwójkę, uzupełnili skład, i jako G.M.T.Band nagrają mini-album. I też cienko. Kiedy więc wróble na dachu zaczęły ćwierkać, że Gill pakuje manatki, bo podobno ma serdecznie dosyć koncertów non-stop - on, wyposzczony jak wszyscy diabli, z ochotą powraca na dawny stołek: "Przez te trzy lata brakowało mi wszystkiego - podróżowania, grania, bycia częścią czegoś. Sądzę, że łatwe życie nie jest dla mnie dobre, przynajmniej w tym punkcie kariery!".
       Wiosnę i lato spędzili już razem, pracowicie przygotowując kolejną płytę. Jak każe dobra tradycja, sprawę załatwili na miejscu, w Londynie: nagrania w Master Rock i Redwood, miksowanie w Britannia Row, Eden i Roundhouse, reszta w studiach CBS. Doświadczony Guy Bidmead pełnił funkcję inżyniera dźwięku i współproducenta, robota szła jak po maśle. Longplay ukazuje się we wrześniu i nosi najprostszy z najprostszych tytuł: Rock'N'Roll. Tak też nazywa się efektowny numer otwierający, po nim Eat The Rich - jedyna rzecz nie nowa, bo zrobiona jeszcze z Laswellem, specjalnie do filmu tak właśnie zatytułowanego, a Wurzel i Campbell szyją tutaj pięknie na gitarach slide. Dalej, kolejno, Blackheart, Stone Deaf In The USA, The Wolf, Traitor, Dogs, All For You i na deser Boogeyman, z Lemmy'm w roli... gitarzysty wiodącego (trzecia solówka to właśnie on!). Angielscy dziennikarze zjechali krążek okrutnie, amerykańskim dla odmiany jakby przypadł do gustu. Bo jeśli nawet szacowny Billboard funduje taką laurkę: "Najgłośniejszy zespół świata dumnie wkracza ze swoim znakomitym dziełem, drugim dla GWR. Z pewnością najlepsze jest nagranie tytułowe, a udział Lemmy'ego w filmie Eat The Rich i ich nadchodzące tournee wyraźnie powinny pomóc w sprzedaży albumu.". Niestety, to ostatnie się nie sprawdzi - lokaty w połowie drugiej setki listy tegoż Billboardu chyba trudno uznać za sukces. Lepiej było po tej, naszej, stronie Atlantyku, choć, nie oszukujmy się, czasy Spades czy Hammersmith raczej nie wrócą. C'est la vie... światową turę promocyjną rozpoczęli u siebie, w Brytanii. Jesienią objechali Wyspy wzdłuż i wszerz, wspierani przez młodą kanadyjską grupę Sword, a całą imprezę skalkulowano na 200,000 dolarów. Nie za wiele, lecz i nie szastali forsa na prawo i lewo. Raczej skromnie: bez kto wie jakich fajerwerków na scenie, nie za drogie hotele, zamiast odrzutowców wspólny autobus dla nich, ekipy technicznej i ochrony (razem 12 osób, tylko!; bez fryzjerów, kucharza i kelnerek), bez karawany ciężarówek, etc. etc. Zresztą zawsze byli sobą - szpan i gwiazdorskie maniery to akurat nie oni! Później Stary Kontynent, w tym od 28 listopada duża runda po RFN, jako support - King Diamond i Destruction, no i przyjęcie jak zwykle tam bardzo, bardzo gorące.
       Potem ostrzą sobie zęby na Amerykę; ba, mają nawet zaklepany objazd z samym Alice Cooperem. A tu plama: zawinił jakiś leniwy prawnik, czy inni urzędnicy z biura imigracyjnego, w każdym razie nie dostali na czas odpowiednich dokumentów i nie mogą wyjechać. Siedzą na walizkach, czekają, trzy tygodnie w Londynie, tydzień w Walii...wreszcie droga wolna! Stracili bezpowrotnie osiemnaście pierwszych koncertów, mówi się trudno, ale teraz już gaz do dechy. Wyskakiwali na scenę o 20-tej, na rozgrzanie publiki mieli trzy kwadranse, potem ustępowali miejsca wielkiemu Alice'owi. I tak na okrągło: koncert i noc w autobusie, hotel, pięć dni grane, dzień przerwy, i z powrotem to samo. Jak było? Lemmy: "Cholera, nie wiem dlaczego, ale ten czteroosobowy skład sprawdza się lepiej niż wtedy, kiedy byli Eddie czy Robbo. Jestem naprawdę bardzo zadowolony, a te koncerty z Cooperem były wspaniałe, reakcja widowni również. Myślę nawet, że jakby czas dla nas tutaj nadchodził - może nawet przenieść się do Ameryki? Bo widzisz, w Brytanii powoli stajemy się tylko wczorajszą nowością, wiesz co mam na myśli? Ludzie jakby zaczęli spisywać nas na straty, na koncerty przychodzą, wydaje się, tylko po to by się przekonać czy stary dinozaur jeszcze kąsa. Zobaczymy.". On w Hollywood?! Ha! ha! ha!, chyba jednak nie. A propos. Niedługo potem wejdzie tam na ekrany głośny obraz The Decline Of Western Civilization Part II - The Metal Years. Wyreżyserowany przez Penelope Spheeris, został okrzyknięty metalowym filmem roku 1988, zaś wykrojona z niego ścieżka dźwiękowa metalowym albumem lata w Ameryce. I kto wie, bo obsada tu rzeczywiście doborowa: Alice Cooper z chłopakami z Guns N'Roses, Megadeth, Faster Pussycat, Queensryche, Metal Church, Seduce, Armored Saint, Lizzy Borden; Motorhead również. Niby tylko epizod, ale fakt cieszy...
       Mmmm, jak tam stało na okładce Hammersmith?: "to jest dopiero tom pierwszy!!!". Czyli będzie co najmniej drugi, mamy obiecane! I słowa dotrzymali. Trwało to co prawda aż siedem lat, ale jest. Nowy album koncertowy nazywa się No Sleep At All i przynosi materiał zarejestrowany podczas ostatniej wizyty w Skandynawii: Doctor Rock, Traitor, Dogs, Ace Of Spades, Eat The Rich, Built For Speed, Deaf Forever, Killed By Death, Overkill plus nieznany wcześniej Just 'Cos You Got The Power (odrzut z sesji do Rock N'Roll). Tyle. Andy Secher z nowojorskiego Hit Parader dał cztery gwiazdki na pięć możliwych i pisał między innymi: "Są z pewnością młodsze, szybsze i ładniejsze zespoły na dzisiejszej scenie rockowej, lecz kiedy ci faceci już rąbną, jak choćby w Dr.Rock, Eat The Rich czy nieśmiertelnym Ace Of Spades - okazuje się, że wciąż mogą być dla szczeniaków niedościgłym wzorem. Mówiąc prosto z mostu, No Sleep At All to idealne wprowadzenie dla tych, którzy dotąd trzymali się od Motorhead z daleka. Zaś dla wiernych fanów to rzecz absolutnie obowiązkowa!!!". No comments. W Stanach krążek tradycyjnie przepadł (niewiele dała zmiana wytwórni, z którą GWR tam współpracuje: z Profile na Enigma), w Europie też bez specjalnej euforii. To co, czekamy na tom trzeci?! Ian K.: "Taaa, niech będzie że jesteśmy starym zespołem, niech będzie że harujemy ciężko - rzecz w tym, że my to naprawdę lubimy! Zobacz, to dzisiejsze pokolenie, tak naprawdę to im się nawet nie chce jechać w trasę. A ja? O kurwa, to dla mnie wszystko! Kocham podróże i koncerty, do tej pory mnie to nie zmęczyło i chyba nigdy nie zmęczy. Najlepsze tournee w życiu? Nie, tak naprawdę to chyba nie ma takiego. Bo każde następne jest na swój sposób lepsze od poprzedniego i te wspaniałe chwile trwać będą wiecznie. A przynajmniej chciałbym by trwały wiecznie!".
       U schyłku 1988 roku wybrali się ponownie do USA, i... super-thrash-trasa ze Slayer! Nieważne, że ktoś to postawił na głowie i uczeń robił za gwiazdę, a mistrz tylko na rozgrzewkę - na scenie było głośno i ostro, na widowni to samo (a nawet za bardzo!), za kulisami dużo, mocno i bez hamulców. Nic dziwnego, że trochę podmęczeni ruszyli dalej, do maja 89 koncerty w Europie, wreszcie zasłużony odpoczynek. Nawet nieco dłuższy niż się spodziewano, nowego albumu też tak prędko nie będzie. Nie ma sprawy, poczekamy. Ósmą dekadę żegnali extra-objazdem po Zjednoczonym Królestwie - z Thunderhead u boku i metą (gdzieżby indziej!) w Hammersmith Odeon,20 grudnia. W świetnej formie, i jak stare wino: "im starsi, tym lepsi"! I tak czekając, nawet się nie obejrzeliśmy, jak w lipcu 1990 roku stuknęło im słodkie 15 lat w służbie rock'n'rolla. To co? - CHEERIO!!! STO LAT!!!

KONIEC

Autor: nieznany
Opublikowano: http://motorhead.rockmetal.art.pl


Część 6