© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

CZĘŚĆ 6


       Czyli kwartet! - i takim oto sposobem rok 1984 wita czwarte z kolei, jakże odmienione wydanie Motorhead. Ale oni nie liczą czwórek, tylko z miejsca zabierają się do roboty. Solidnie ogrywają stary repertuar (wiadomo, sami nowi, a bez złotych hitów żaden koncert się nie obejdzie), zarejestrowali też kilka numerów premierowych, po czym pakują bagaże i wyruszają w podróż dookoła świata. Start w rodzinnej Brytanii, na wielką scenę wracają 7 maja w Hammersmith Odeon, a nowy skład sprawdza się bez zarzutu. Następnie kontynent i tam między innymi belgijski Heavy Sound Festival. 10 czerwca w Poperinge, 15 tysięcy ludzi na widowni, oni robią za gwiazdę, w orszaku Twisted Sister, Metallica, Manowar, Mercyful Fale, Lita Ford, Faithful Breath, H-Bomb. Będzie też pierwsza w życiu wizyta za Żelazną Kurtyną (Węgry, Jugosławia), będzie i debiut w Australii i Nowej Zelandii. No i wrażeń co niemiara. Wurzel: "Fakt, najbardziej popularni jesteśmy w Europie i Anglii, bo tam też zespół najwięcej pracował, lecz okazało się, że doskonale jesteśmy znani i w Australii. Zrobiliśmy tam 6-tygodniową trasę w 1984 roku. Byliśmy także dwa tygodnie w Nowej Zelandii i było dobrze, choć może nie tyle ludzi. Ale i tak mieliśmy pełne sale. Ostrzegali nas też, że publiczność w Japonii jest zimna, że bije tylko brawo i nic. A przyjęli nas fantastycznie! Największe tłumy mieliśmy jednakże za Żelazną Kurtyną. Wiesz, tam nie przyjeżdża i nie gra za wiele zespołów, i tak dalej. My robiliśmy trzy czy cztery koncerty, w Budapeszcie mieliśmy 27,000 ludzi. To największa widownia jaką kiedykolwiek udało się nam przyciągnąć. Bo na ogół gramy w salach na 2-4 tysiące siedzeń. A w ogóle, to lubię podróże. Odwiedzasz wszystkie kraje, korzystasz z ich panienek i całego tego towaru. Ale najbardziej lubię grać na scenie, to jest najlepsza rzecz. Nikt ci nie zawraca głowy. To jest twoja godzina. To powoduje, że całe to gówno które robisz jest coś warte. I mam nadzieję, że Motorhead trwać będzie przez kolejne 10 lat. Bo ja to wszystko kocham!". Campbell: "O kurwa, pamiętam jaką przygodę mieliśmy w Australii. Naszym tour-managerem był wtedy Kevin Harrington, lecieliśmy z Sydney do Perth i wszyscy się naprawdę strasznie nudziliśmy. Kevin właśnie zasnął, no to wymalowaliśmy mu całą twarz. Budzi się, my śmiejemy się do rozpuku. On prosi o drinka: -Uu,uu,uu, duży gin i tonic proszę, pronto pronto. Oczywiście wszyscy rżą, on się na nas gapi i mówi, że chyba stewardessa chce go poderwać, bo wciąż się do niego uśmiecha. Gdy w końcu odkrył w czym rzecz, dał nam taki wycisk, każdemu po kolei, że hej. Ale kiedy na drugi dzień jechaliśmy autobusem, i znowu zasnął - zrobiliśmy temu kutasowi dokładnie to samo. Mówię ci, omal nie dostał załamania nerwowego, ha! ha! ha!". Czyli wkoło jest wesoło.
       A gdy tak sobie wojażowali, latem Bronze wypuszcza coś extra dla fanów. Do dwudziestu największych szlagierów z całego dotychczasowego dorobku (wszystko, od Motorhead po Dancing On Your Grave) dołączono cztery zupełnie nowe utwory: przebojowy Killed By Death, Steal Your Face, Snaggletooth oraz Locomotive, zapakowano to razem - i tak narodziło się podwójne wydawnictwo No Remorse. Lemmy: "Nie lubię kompilacji, to jest zawsze sterowane. Właśnie dlatego włożyłem tam te cztery nowe nagrania, żeby była jakaś równowartość tych pieniędzy, i żeby oczywiście zareklamować nowy zespół. Bo ta czwórka jest wspaniała. Nie chciałbym wciąż wracać do przeszłości, ale odkąd jesteśmy razem, jest to na pewno najlepszy skład jaki kiedykolwiek mieliśmy!". Niestety, album przepadł zanim cokolwiek zdołał osiągnąć, co jedynie przyspieszyło decyzję - rozstają się z wytwórnią już teraz. Wobec braku odpowiedniej promocji i opieszałości ludzi stamtąd, decydują się odejść natychmiast. Bronze naturalnie protestuje, pokazując palcem na kontrakt, z którego wynika, iż zobowiązani są nagrać jeszcze cztery płyty; i ani myśli ustąpić. Ale że już zdołali się zorientować kto to taki, nie raz i nie dwa przyłapali go na różnych świństewkach, decyzji nie zmienią. Koniec końców, sprawa trafiła do sądu i przez półtora roku prawnicy toczyć będą twarde boje na paragrafy. Finał: wygrywają Motorhead, zaś Bronze, po podobnych aferach z innymi, upadnie. (I bardzo dobrze). Oczywiście, przez cały ten czas nie wolno im było niczego nagrywać, co jednak nie znaczy, że gitary odstawili do kąta. Wprost przeciwnie - koncertować nikt im nie zabraniał, a że czują się w tym jak ryba w wodzie... Między innymi, w połowie października wielki metalowy weekend, Kerrang! Whooargh! Weekender, w Great Yarmouth: oni jako główna atrakcja, obok Nazareth, Waysted, Phil Lynott's Grand Slam, Spider, Killer. W dniach 26-30 grudnia specjalna gala Christmas Metal Meeting, czyli Boże Narodzenie na metalowo w pięciu miastach RFN. Też jako gwiazda, tym razem mając u boku Helix, Mercyful Fate, Girlschool, Sinner oraz Talon. Będą dwie solidne trasy po Skandynawii, wpadną tu i tam. Nudzić się z pewnością nie nudzili. Ha, już nie mówiąc, że był czas na świętowanie. I to jakie; palce lizać!!!
       Rok 1985 bowiem to jubileusz X-lecia istnienia orkiestry; okrągła dycha. Uczcili to nadzwyczajnym koncertem w Hammersmith Odeon: gitary chodziły na piątym biegu, hit za hitem i owacje na stojąco, zaś na finał wyskoczyli na estradę wszyscy poprzedni członkowie i jak za starych dobrych czasów, ramię w ramię, odegrali ten swój hymn Motorhead. Ukaże się to potem na godzinnym video The Birthday Party (można sprawdzić, do dna!)... 24 grudnia natomiast Lemmy kończy, nie do wiary, 40 lat!!! Jak na weterana trzyma się rewelacyjnie - ta sama czarna skórzana kurtka, dżinsy i pas z nabojami, długie włosy i bokobrody; wiecznie uśmiechnięty, tryskający humorem, pełen niespożytej energii. Żyje raczej skromnie, nadal jest kawalerem, za kołnierz nie wylewa (choć ostatnio jakby deczko przyhamował - cóż, starość nie radość), robi co chce i na dobra sprawę niewiele mu do szczęścia potrzeba: "Granie w zespole rock'n'rollowym to jedyna praca jaka miałem w życiu. Przeszedłem kiedyś przez scenę i zacząłem myśleć: -Jezu, czy aby nie staję się młodszy?! Nigdy nie robiłem tego dla pieniędzy i nie sadzę bym został kiedykolwiek milionerem. Wystarczy, że mam dom i trochę forsy na własne potrzeby - bo moje życie to rock'n'roll i dopóki starcza mi na zapłacenie różnych rachunków, pójście wieczorem do klubu na drinka plus drobne wydatki, nie mam żadnych innych wymagań. Chciałbym się jedynie dobrze zabawić, a wiem, że rock'n'roll mi to daje i dawać będzie coraz więcej. Chciałbym, żeby ludzie słuchając naszej muzyki zapomnieli o swoich problemach, nudnej pracy, żeby dać im trochę rozrywki. Wszystko inne pierdolę. Wiesz, to zabawne, ale słyszałem kiedyś, że Keith Richards chciał sobie zrobić wymianę krwi, w Szwecji czy gdzieś tam. Więc pomyślałem, że może i ja zrobiłbym takie testy i coś takiego bym sobie zafundował. I wiesz co - Lekarze mi odradzili, powiedzieli, że świeża krew mogłaby mnie zabić! Ha! ha! ha!, o kurwa, świeża krew by mnie zabiła! Nie cierpię jak nazywają nas "dziadkami", choćby dlatego, że wciąż nie ma nikogo innego, kto potrafiłby robić to co my i tak jak my to robimy. No dobra, może jestem dinozaurem, ale wtedy nazywam się Tyrannosaurus Rex, złotko. Jestem Królem Tyranozaurusów i może nie mam już własnych zębów, ale zęby mam!!! A mówiąc poważnie, jestem po prostu starzejącym się rockerem. Pochodzę z innego świata, świetnie pamiętam początki rock'n'rolla. Wychowałem się na singlach i do dzisiaj lubię to najbardziej, takie krótkie, treściwe rzeczy. Tak, teraz to zupełnie inne czasy, inne wartości. Kiedyś kontrakt nagraniowy to było coś!, duża rzecz - dzisiaj wytwórnia może sobie pozwolić na ściągnięcie do siebie 2000 zespołów, po czym rzuca nimi o ścianę i patrzy które nie odpadły. Nie chciałbym truć, ale dzisiejsze dzieciaki nie wiedzą co to znaczy naprawdę wszystko rozwalić, jak The Beatles, nie widziały nigdy Hendrixa na żywo. Dzisiaj wielkimi gwiazdami są ludzie typu George Michael, a to przecież nie jest rock'n'roll - to szansonista, taki Sinatra lat 80-tych. Pamiętam i nasze początki. Jak pierwszy raz byliśmy główną atrakcją w Marquee, pierwszy raz w Roundhouse, pierwszy raz w Hammersmith...to były piękne czasy. Widzisz, ten zespół od samego początku był protestem przeciw wszystkiemu, nieważne co by to nie było. Zawsze albo-albo, dla nas nie ma miejsca w środku, żaden kompromis. Ja zespół zawsze stawiałem ponad wszystko i kiedy byłem piękny i młody, i teraz. Nauczyłem się mnóstwo przez te lata; zresztą, jeśli chcesz to uczyć się będziesz ze wszystkiego. Każda książka którą przeczytałeś, każdy film jaki obejrzałeś, każda sytuacja w jakiej się znalazłeś - to wszystko cię kształtuje, choć czasem nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, gromadzi się w tobie. Kto wie czy nie najważniejszą rzeczą jakiej nauczyłem się w drodze jest to, by nie brać niczego śmiertelnie poważnie. Ileż kłótni czy bójek było w tym zespole, część z nich kończyła się po prostu: spierdalaj! Kiedy indziej trzeba było usiąść, pogadać i wszystko rozchodziło się po kościach. Musisz nauczyć się tolerancji, bo w końcu żyjesz z tymi samymi ludźmi w określonej przestrzeni przez ileś tam tygodni czy miesięcy, jesteś na nich skazany, nie możesz nawet uciec od ich śmierdzących skarpetek. Zresztą zobacz, zawsze fundowali nam jakieś etykietki, typu "zboczeńcy", "przymuły", "rasiści". I co? Nic, spierdalaj! - i już. Tak naprawdę, to Motorhead nigdy nie miał innego przesłania, jak po prostu dobrze się zabawić. I tylko mogę żałować, że teraz to jakby wychodziło z mody. Bo teraz ludzie koniecznie muszą mieć jakąś wiarę czy mętną ideologię, rozsiąść się i strasznie rozprawiać o sprawach, o których, mówiąc szczerze, gówno wiedzą. A przecież rock'n'roll to wolność: możesz założyć zespół, słuchać go, nosić długie włosy, ubierać się jak chcesz, robić co chcesz. Nawet jeśli jest to przeciw obowiązującym konwencjom czy zasadom. I tego nie zabroni ci nikt! Ja? No cóż, Phil ma rodzinę, Pete też, Wurzel mocno pod pantoflem, tylko ja samotny. Ale sam wybrałem takie życie i nie narzekam, po prostu u mnie małżeństwo i rock'n'roll nie chodzą w parze. Na pewno opuściłem coś takiego, że patrzysz i podziwiasz jak ci dzieci rosną, tyle że przy okazji ominął mnie wałek do ciasta, ha! ha! ha! Sądzę, że jestem przygotowany na dzień kiedy skończę, powiedzmy, 60 lat; wiem jak to będzie. Wycofam się z grania zanim zacznę głupio wyglądać, a kiedy już nie będzie mnie w zespole, hmm, pierwsze parę lat wykorzystam na pogawędki, spotkania towarzyskie i tego typu rzeczy, a potem wrócę do tego, o czym marzyłem jako dzieciak: będę hodował konie. Bo to wciąż mnie interesuje. Może też trochę dziennikarstwa - wydaje mi się, że teksty piszę dobre, nieźle władam angielskim, analfabetą raczej nie jestem. Dobra, ale na razie robię co robię i dobrze mi z tym. Lubię słuchać różnych rzeczy, grałem już różne rodzaje muzyki, lecz tak naprawdę liczy się tylko rock'n'roll. Tylko to gram uczciwie, w tym jestem najlepszy. I jestem naprawdę podniecony tym, co dzieje się teraz w zespole. Uwierzysz czy nie, ale nie byłem tak podniecony już od lat!!!". Tyle solenizant...
       W to przydługie milczenie związane z rozwodem z Bronze starali się wstrzelić fachowcy od kompilacji, wznowień i tym podobnych rzeczy. I tak na przykład wytwórnia Raw Power, specjalizująca się właśnie w czymś takim, wypuściła dosyć ciekawe dwupłytowe wydawnictwo Anthology. Ciekawe, bo obok jazdy obowiązkowej, czyli żelaznej klasyki, mamy tu kilka numerów nigdy dotąd na oficjalnych albumach zespołu nie publikowanych: Over The Top, Dirty Love, Turn You Around Again, Like A Nightmare czy koncertową wersję rhythm'n'bluesowego standardu Hoochie Coochie Man. Z pewnością gratka dla kolekcjonerów, tym bardziej, że wydane porządnie i najzupełniej legalnie, za przyzwoleniem Bronze. Jakby nieco mniej inwencji wykazali pomysłodawcy kolejnej winylowej powtórki z rozrywki, Born To Lose (Live To Win). Aż czternaście kawałków na jednej płycie, owszem, lecz wszystko są to rzeczy znane z On Parole i Motorhead, ewentualnie popularnej składanki Beer Drinkers, 1982. Nic nowego pod słońcem, to i nie wzbudziła większych namiętności.

Część 5 Część 7