© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

CZĘŚĆ 5


       Trudno zatem utrzymywać, że na tournee wyruszyli w pełnej zgodzie i harmonii. Nie, nie skakali też sobie do oczu, lecz to już nie to co kiedyś. Tym bardziej, że po raz kolejny nie udaje im się próba podboju Ameryki. Do Stanów i Kanady jeżdżą od lat, w miarę regularnie, i nic. Zero. No, może nie jest aż tak tragicznie, ale o znaczących sukcesach nie ma mowy. Niby opiekuje się tam nimi potężny koncern PolyGram, mają trochę fanów, kombinują na różne sposoby - i za każdym razem wracają z pustymi rękami. Teraz również. Nie sprawdziło się słodkie "do trzech razy sztuka", postanowili próbować aż do skutku. Lemmy znowu: "Wiem, nie liczymy się w Ameryce, ale nasza sytuacja tam zawsze była bardzo frustrująca. Ostrzegano nas, że nasza muzyka może być trochę zbyt gwałtowna dla tamtejszej widowni, lecz my wiemy, że mamy fanów na tyle by się udało. My po prostu musimy mieć okazję się tam pokazać. Tymczasem amerykańskie kompanie nagraniowe oczekiwały zawsze natychmiastowych rezultatów. Oni nie rozumieją, że taki zespół jak nasz potrzebuje czasu by się rozwinąć. Już nie wspomnę, że nie mamy wsparcia ze strony radia; choć jeśli chodzi o metal, to jest to problem wszędzie. Nic, jeśli udało nam się osiągnąć sukces bez radia w Anglii, uda się i w Stanach!". Oby!, choć jakoś się nie zanosi...
       Razem zrobili jeszcze sesję z superseksowną blondyną, Wendy O'Williams, akompaniując jej w dosyć kontrowersyjnej, metalizującej wersji klasyka Stand By Your Man, po czym Fast Eddie odchodzi. Próbowano plotkować, że uczynił to właśnie w proteście przeciwko mariażowi z tą damą, ale lider uciął z miejsca: "Nie, wcale nie żałuję, że to zrobiliśmy i nie to spowodowało rozłam w zespole. Wcześniej czy później musiało się tak stać, to już raczej przez Iron Fist.". Tak czy inaczej, opuszcza ich definitywnie i zabiera się do organizowania własnej kapeli. Pierwszym współpracownikiem miał być słynny basista Pete Way z UFO, więc nazwał to Fastway - niestety, tamten zwinął żagle nim cokolwiek razem zdołali spłodzić. No to dalej pociągnie sam; z innymi co prawda ludźmi, ale pod tym samym szyldem. I choć cudów raczej nie osiągnie, on tu jest szefem, on trzyma kasę!
       W Motorhead natomiast zastąpił go pewien krewki Szkot o długich, kręconych rudych włosach i nazwisku BRIAN "ROBBO" ROBERTSON. Urodził się 12 września 1956 roku w Glasgow. Jako nastolatek trafił do Thin Lizzy i tam zdobył światowy rozgłos, potem prowadził formację Wild Horses. Talent najczystszej wody, niestety również i bardzo, ale to bardzo rogata dusza. Lemmy: "Philthy był wielkim fanem Thin Lizzy i chciał żeby Robbo grał razem z nami. Kiedy grał jeszcze w Lizzy obydwaj go podziwialiśmy, był wręcz fantastyczny. Na scenie był świetny, poza nią bywało różnie. Widzisz, przykro o tym mówić, lecz on jest niestety alkoholikiem. To straszne, taki wspaniały gitarzysta, obdarzony niezwykłym talentem. Mając 11 lat grał już na skrzypcach całą klasykę, gdybyś go słyszał jak gra na fortepianie. Siada i gra co chcesz, bez żadnych prób. Niestety, brak mu zdrowego rozsądku,". Ale dogadali się szybko i wyglądało, że wszystko powinno się jakoś ułożyć. W lutym i marcu'83 pierwsza wspólna sesja (tradycyjnie w Londynie - tym razem w Olympic i Eel Pie, jeśli ktoś prowadzi statystykę), na dłuuuuugiej liście producentów kolejne wielkie nazwisko: Tony Platt. Wymiana gitarzysty w takim układzie to rzecz niebagatelna, zatem wszyscy czekali w napięciu co się z tego urodzi. I wreszcie jest.
       Longplay wychodzi w czerwcu, nosi tytuł Another Perfect Day i zawiera co następuje: Back At The Funny Farm, Shine, Dancing On Your Grave, Rock It, One Track Mind, Another Perfect Day, Marching Off To War, I Got Mine, Tales Of Glory oraz Die You Bastard; wszystkie utwory spółki Kilmister-Taylor-Robertson. Z mieszanymi uczuciami przyjęto to nowe oblicze orkiestry, pod względem handlowym był to też zauważalny krok do tyłu. Wyraźnie mniej tu hałasu i krzykliwego jazgotu, nie ma bezlitosnej rąbanki a la Bomber czy Ace Of Spades, a Robbo ciągnie ich w inne rejony, bliżej bluesa i komercyjnego grania, Ian K., jak na bossa przystało, krótko i na temat: "Wciąż uważam, że to świetny album i jestem z niego bardzo zadowolony jakkolwiek Robbo nie uczynił dość wysiłku by dopasować się do reszty zespołu.". Voila. No i w drogę. Światowy objazd, znany jako Another Perfect Tour, to przede wszystkim któreś z kolei podejście do dumnej Ameryki (i znowu spalone, niestety!), i test prawdy dla nowego gitarzysty - czy w trasie, gdzie pokus zawsze czyha bez liku, czy tam potrafi nie ulec swoim słabościom i nałogom? Z początku, owszem, jakoś się trzymał, ale z każdym dniem będzie coraz gorzej. Już w Stanach mieli go po dziurki w nosie, jesienią wracają do Europy i po prostu koszmar. Pije na okrągło, zawala jeden koncert za drugim - wreszcie ten nieszczęsny listopadowy finał w Hannoverze, gdzie wszystko posypało się w gruzy. Lemmy: "Robbo po prostu nie pracował na tej samej długości fali co my. Na próbach zawsze chciał grać bluesowe kawałki, ja tłumaczyłem mu na okrągło: -Ty skurwysynu, to nie jest pieprzony zespół bluesowy! Ale mnie nie słuchał. Nie, absolutnie nie mam nic przeciwko bluesowi - w końcu cały metal oparty jest na bluesie, i nasza muzyka również, chociaż ludzie nie zawsze to zauważają. To nie w tym rzecz. On jest wspaniałym muzykiem, tylko że chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wspaniałą muzykę mógłby grać. Czy pił? Oczywiście, tyle że na początku mi to za bardzo nie przeszkadzało, bo na gitarze był bardzo dobry. Kiedy się u nas zjawił nawet próbował walczyć z nałogiem, nie pił za wiele, chciał żebyśmy byli z niego zadowoleni. Ale potem było coraz gorzej, podczas trasy we Francji pił non-stop, był bez przerwy pijany. Przed próbą wypijał butelkę whiskey, co do cholery zrobić z takim facetem! W Hannoverze zaczynał ten sam numer trzy razy, spierdolił nam cały koncert. Naprawdę nie dało się z nim dłużej pracować.". I wyleciał. A że nieszczęścia podobno chodzą parami, zaraz potem w jego ślady podążył i Phil Taylor. Mówiło się, że chcą się trzymać razem i założyć nową grupę, ale Motor-herszt widzi całą rzecz tak: "Phil był znakomity pod każdym względem, lecz zmęczył go nasz sposób życia - za dużo podróżowania i nie dość czasu by się nacieszyć życiem. On tylko udał się na dłuższy odpoczynek, potem wróci do zespołu. Muzykę ma we krwi, tego tak łatwo z siebie nie wytrząśniesz. Wróci!!!".
       Czas pokaże, że miał świętą rację, zanim co jednak... na placu boju został sam, jak palec. Czy się wahał? Ani chwili - w końcu rock'n'roll to całe jego życie, teraz trzeba tylko znaleźć nowych ludzi i jedziemy dalej. Z perkusistą kłopotów nie było o tyle, że Philthy odchodząc polecił mu swego następcę; i do tego specjalistę pierwsza klasa. Rutynowany PETER "FRANK" GILL zaczynał jeszcze w latach 60-tych, i chyba tak samo jak wszyscy - jak tylko potrafił usiąść na stołku i utrzymać pałki w dłoniach, od razu ktoś werbował go do grania. Zrazu były to małe kluby, puby, wieczorki taneczne, potem piął się wyżej i wyżej: "Lubiłem oczywiście The Beatles, jak każdy, bardzo lubiłem też na przykład Creedence Clearwater Revival. Pamiętam, byłem wtedy w jakimś zespole barowym, graliśmy ich szlagiery Green River i Proud Mary. Creedence mieli takie świeże, bazowe brzmienie, bardzo mi to odpowiadało. O, i jeszcze Born On The Bayou, to ich absolutnie klasyczne nagranie. Kochałem także Beach Boys. Pamiętam, w 1969 roku robiłem nawet z nimi trasę po teatrach w Anglii.". Profesjonalne szlify zdobywał w zespole Gary Glittera, bębniąc na wszystkich jego największych przebojach, później kilka udanych lat w Saxon i przykra kontuzja ręki, która na jakiś czas wyłączyła go z grania. Na szczęście już w pełnej formie, więc gdy puści w ruch pałeczki, doprawdy niewielu może się z nim równać. A jak szukał gitarzysty, Lemmy opowie osobiście: "Cóż, w którymś wywiadzie powiedziałem, że nasz stary gitarzysta odszedł, że szukam facetów, którzy potrafią wypalić dziury w ścianie swoim graniem - i po tygodniu mieliśmy 80 taśm z całego kraju. Powiedziałem tam wtedy również, że prawdopodobnie skończy się na kimś zupełnie nieznanym. Wurzel w liście napisał: 'Słyszałem, że szukasz nowego gitarzysty i wspomniałeś, że skończysz prawdopodobnie na kimś nieznanym. No cóż, w tym kraju nie ma nikogo bardziej nieznanego ode mnie. To ja jestem tym najbardziej nieznanym gitarzystą ze wszystkich!'. Pamiętam, przeczytałem to wtedy i pomyślałem: -O, ten facet to jest chyba to. Któregoś dnia robiliśmy przesłuchania, było już po ósmej wieczorem, gdy weszli on i Campbell. Był tak zdenerwowany, że nawet nie pokazał mi listy utworów jakie przygotował, lecz nawet przez te nerwy było widać, że naprawdę dobrze wie jak się gra na gitarze. To nie sprawiało mu żadnego problemu, rzecz była w czym innym. Bo wiesz, jak jedziesz na przesłuchanie te 100 mil pociągiem, potem wskakujesz do metra, targasz torbę pełną pedałów czy innych bajerów - to wiesz, ręce ci się wtedy trzęsą ze zmęczenia, trudno ci jest w ogóle grać i zwykle potrzeba dwóch, trzech kawałków byś doszedł do siebie. Ale od razu wiedziałem, że jest okay. W ogóle, to był taki wieczór walki między obydwoma, obaj mi się bardzo podobali, no a tu by trzeba było wybrać tylko jednego! I mam już ich wzywać na ostatnią próbę, aż tu widzę jak siedzą razem, ręka w rękę, i lecą sobie: -Jak ja zagram to, to ty będziesz grał tamto. O rany, przecież oni już do siebie pasują! Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że będą grać razem bez zarzutu. I byłem szczęśliwy, że udało mi się znaleźć dwóch skurwysynów, którzy tak wspaniale ze sobą współpracują. A uwierz, że to naprawdę trudne, bo w takich sytuacjach prawie zawsze jeden olewa. Do tego są młodzi, pełni życia, a to jest właśnie to, czego potrzeba moim starym kościom.". To co, może przedstawmy tę parę.
       WURZEL naprawdę nazywa się MICHAEL BURSTON, urodził się 25 października 1949 roku w Cheltenham, w środkowej Anglii, i jak dotąd wiodło mu się nie specjalnie. Grał w rozmaitych zespołach, ale poza tanie kluby i puby wyjść mu się nie udało. Dorywczo chwytał się i innych zajęć, był między innymi kapralem w wojsku - i też nic. (Spooooocznij!). Dynamiczny, może nawet trochę narwany, jednym z jego idoli jest Keith Richards z Rolling Stones. Jeśli chodzi o warsztat pracy, zestaw podstawowy wygląda następująco: gitara Gibson Les Paul Standard rocznik 1977, struny Rotosound Roundwounds, przystawki Twin Herco, 100-watowy wzmacniacz Marshalla z głośnikami Celestion. I parę sekretów gitarowej kuchni: "Jeżeli chodzi o ćwiczenia, jednymi z najlepszych według mnie są pochody 12-taktowego bluesa. Dobre szczególnie kiedy chcesz grać na gitarze prowadzącej, wręcz wspaniałe gdy pracujesz nad frazowaniem. Choć jeśli chodzi o mnie, mówiąc szczerze nie ćwiczę w domu zbyt wiele, może godzinkę dziennie. Jeśli już, to wstawanie z łóżka rano!".
       PHIL CAMPBELL natomiast przyszedł na świat 7 maja 1961 roku, grał w średnio popularnej grupie Persian Risk, i kiedyś robili otwarcie jednej z europejskich tras właśnie Motorhead. Tam po raz pierwszy zobaczył go Lemmy: "Campbella poznałem w Persian Risk, pamiętam, zrobili wówczas na mnie duże wrażenie. On ma wspaniały stosunek do muzyki, a to jest właśnie to czego szukam przede wszystkim. Biegłość techniczna jest u mnie na drugim miejscu, liczy się postawa, to co potrafisz przekazać grając. To jest ważne.".

Część 4 Część 6