© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

CZĘŚĆ 4


       Głośno i dumnie wchodzą więc w rok 1980. Po Wielkiej Brytanii tournee w Europie, gdzie jadą zawsze z ochotą. Na przełomie lutego i marca Francja, również Holandia, Skandynawia i tak dalej, no i tradycyjnie RFN. Właśnie tam, podczas koncertu w Hamburg MarktHalle, doszło do solidnej bijatyki między miejscowymi osiłkami, a technicznymi zespołu. Zwyciężyli oczywiście ci ostatni, gazety miały znowu o czym pisać. Normalka. 26 lipca pełnią honory gwiazdy na Over The Top H.M.B.D. Mayhem Party, zorganizowanym z pompą w Stafford Bingley Hall. U boku Saxon (których notabene wprowadzali na profesjonalny rynek rok wcześniej), Girlschool, Angel Witch, Mythra, Vardis - czyżby extraprezent na piąte urodziny? Ale niewiele jest czasu na świętowanie, bo już 4 sierpnia instalują się w studiu i przez miesiąc z okładem rejestrują materiał na kolejną płytę. Sami jak zwykle skomponowali i opracowali cały repertuar, na fotelu producenta tym razem doświadczony Vic Maile (dziesięć lat wcześniej nagrywał między innymi Led Zeppelin), robota dosłownie pali im się w rękach, i... są efekty! Wydany w listopadzie longplay Ace Of Spades sprzedaje się lepiej niż wszystkie dotąd razem wzięte, będzie złoty nakład i miejsce w ścisłej czołówce angielskich list bestsellerów. Od tytułowego Ace Of Spades, przez Love Me Like A Reptile, Shoot You In The Back, Live To Win, Fast And Loose i (We Are) The Road Crew, dedykowany niezrównanej ekipie technicznej, którą dowodzi Graham "Renaldo" Reynolds. Plus strona B: Fire Fire, Jailbait, Dance, Bite The Bullet, The Chase Is Better Than The Catch, The Hammer. Nareszcie doczołgali się do wrót metalowej ekstraklasy, uważa się też, że właśnie tutaj osiągnęli szczyt swojego potężnego brzmienia. Szczególnie Eddie gra jak szatan: niby prosta, bez pirotechniki i nadmiaru bajerów gitara, lecz cóż za dynamika i energia! Prawie wzorzec dla nowej generacji metalu, i długo jeszcze całe zastępy szarpidrutów czerpać będą z tego pełnymi garściami. No a Lemmy promieniał: "Tak, Ace Of Spades to nasz zdecydowanie najlepszy album studyjny. To był nasz wielki przełom. Doszedł prosto do numeru czwartego, przysporzył nam wielu nowych fanów. Wtedy naprawdę uwierzyliśmy, że możemy iść dalej. Gitara? Ja to widzę tak. Stanąć z przodu sceny, ugiąć nogi w kolanach i uderzyć w solo...ech, każdy głupi potrafi zagrać milion nut na minutę. To tylko kwestia zręczności, w sumie nic. Za to rytm - o, to musisz czuć, to musisz mieć w sobie. Według mnie gitara rytmiczna to bardzo niedoceniany instrument, mówię o tym z całym przekonaniem. Dzisiaj każdy dzieciak uczy się od razu solówek. Nie widział w ogóle na oczy gitary rytmicznej, a przecież to niezwykle istotne, to podstawa wszystkiego! Bo jeśli nie potrafisz zagrać na rytmicznej, nie jesteś gitarzystą. Jeśli nie potrafisz utrzymać riffu za śpiewakiem - nie jesteś gitarzystą również! Zobacz, ja na swoim basie gram jak na gitarze rytmicznej, gram dużo na pustych strunach, właściwie akordami. Jeżeli gramy na przykład w tonacji A, zawsze będę używał pustej struny A i wyjdzie przy okazji coś prawie jak sitar. Ha, prawdopodobnie bierze mi się to jeszcze z czasów Hawkwind, z czasów kiedy była zła muzyka i jeszcze gorsze ciuchy - robiliśmy wtedy parę rzeczy opartych na sitarze. Na basie teraz to świetnie wychodzi, dodaje muzyce mięsa, jędrności. A jeśli masz w zespole tylko jednego gitarzystę, tak jak my, kiedy on na przykład przerywa granie riffów i zaczyna swoją solówkę, cała sprawa od razu siada. Ja wtedy zazwyczaj przejmuję jego rolę, staram się wypełnić tę lukę. W ogóle, granie na gitarze, wydaje mi się, to przede wszystkim pewna wizja, postawa. Jasne, chcesz być dobry w tym co robisz, zresztą my też dbamy, by nasza muzyka była od strony czysto technicznej najlepsza na ile to tylko możliwe - niemniej jednak zawsze gotów jestem poświęcić błyskotliwą technikę na rzecz właśnie postawy. Bo ludzi możesz nauczyć takich czy innych zagrywek, niby każdy dupek może być wystrzałowym gitarzystą, ale postawy nie nauczysz nigdy.". Trasę promocyjną po Zjednoczonym Królestwie przerwano w grudniu. Philthy znów nie zdołał poskromić swego nad wyraz wybujałego temperamentu, po pijaku spadł ze schodów hotelu w Belfaście, dotkliwie się potłukł i raz jeszcze wylądował w szpitalu. Na szczęście szybko doszedł do siebie, w nowym roku dograł z kompanami resztę koncertów i już pali się do wyjazdu na kontynent: "Jak nas przyjmują w Europie? O, fantastycznie! Niemcy, Belgia i Francja są naszymi ulubionymi krajami, rozumieją nas doskonale, jakkolwiek należymy do zgniłej rasy angielskiej. Kiedy zaczynamy grać nie ma to wtedy żadnego znaczenia i rozumie nas każdy, tak samo Belg, Grek i każdy inny. Jedziemy teraz z Girlschool na trzy tygodnie do Francji, latem będziemy grać na festiwalach w Niemczech. W tym roku będziemy naprawdę ostro pracować!".
       Zgadza się, co do grosza. Najpierw Bronze wypuszcza EP St.Valentine's Day Massacre, 10-calowy krążek który nagrali razem z przyjaciółkami z Girlschool, i zupełnie nieoczekiwanie dotrze to aż do 5 miejsca, stając się największym hitem singlowym w ich dorobku. No a potem ta petarda... 27 czerwca'81 od razu na szczyt angielskich list bestsellerów wdziera się koncertowy album No Sleep 'Til Hammersmith. Taśmy pochodzą z Leeds i Newcastle z tego roku, cała trójka gra jak w transie, publika szaleje, do tego w talii same asy: Ace Of Spades (o, ten nawet pikowy, ooops!), Stay Clean, Metropolis, The Hammer, Iron Horse, No Class, Overkill, (We Are) The Road Crew, Capricorn, Bomber plus oczywiście Motorhead na wielki, wielki finał. Jak stoi na okładce, czarno na białym: "dedykowane wszystkim ludziom, którzy z nami jeździli, z nami pili, walczyli i szlajali się z nami w drodze po Anglii i Europie przez te pięć lat". A Lemmy jeszcze słówko od siebie: "Po Ace Of Spades zyskaliśmy mnóstwo nowych fanów i każdy kto z nami trzymał, czy od tej płyty, czy od Bomber, czy od Overkill - każdy chciał mieć album koncertowy. Byliśmy wtedy naprawdę mocni, więc zrobiliśmy to, Hammersmith wyszedł, każdy go kupił i po tygodniu mieliśmy Numer Jeden! Zaskoczyło mnie to zupełnie, wręcz nie mogłem uwierzyć. I myślę, że jest to w ogóle najwspanialszy moment na naszych nagraniach. Chryste, jakie to szybkie. Nie mogę uwierzyć, że niektóre kawałki graliśmy tak szybko. Chociaż z drugiej strony boję się, że...przecież jak osiągnąłeś Numer Jeden, to wyżej już nie można. Nawet gdyby udało ci się to raz jeszcze, będzie tylko: -Eeee, już to kiedyś mieliśmy...". Co fakt, to fakt. Lato spędzili bardzo pracowicie, głównie na dużych imprezach na wolnym powietrzu. Kulminacją brytyjskich wojaży był szeroko reklamowany festiwal Heavy Metal Holocaust, 1 sierpnia na stadionie piłkarskim w Port Vale, w towarzystwie Black Sabbath, Triumph, Vardis. A parę tygodni później błyszczą już na zachodnioniemieckim spędzie gwiazd, The 4th Golden Summernight, gdzie i ludzi wiecej, bo prawie 100,000, i obsada jeszcze bardziej doborowa: Iron Maiden jako główna atrakcja, Foreigner, Kansas, Blue Oyster Cult, 38 Special, Blackfoot. I dalej - kolejne areny, kolejne kraje. Nie da się ukryć, zarobili na Hammersmith niezłą forsę, więc trochę wydali na nową aparaturę, trochę przepuścili, reszta przeleciała nie wiadomo jak; ot, gdzieś między palcami. Zrywając ostatnią kartkę z kalendarza, Mister-Kilmister robił taki oto mały rachunek sumienia: "Taa, to był rok Motorhead, bez wątpienia. Byliśmy potęgą w Europie, mieliśmy dla siebie całą stronę w Daily Mirror! Redakcja wysłała specjalnie kobietę na naszą trasę i ona pisała: 'Oto metalowy fenomen, dzieciaki walą tam głowami o scenę. Dlaczego to robią? Czy im to nie zaszkodzi? Lekarz powiedział, że...'. I tak dalej, to było niezwykłe. Ale jednocześnie, jeśli wszystko zsumować, cóż, wydaje mi się, że chyba nie wykorzystaliśmy szansy. Jak szybko Hammersmith wyniósł nas na szczyty, tak szybko potem zjechaliśmy w dół. Kupę pieniędzy straciliśmy na przygotowanie wielkiej scenicznej produkcji i wożeniu tego po całym świecie. Poza tym tej naszej forsy właściwie nie pilnowaliśmy, ani my ani nasz management, i nie wiadomo gdzie to wsiąkło. Zresztą, ja nigdy nie potrafiłem skoncentrować się w pełni na finansach - w końcu nie możesz być i biznesmenem i muzykiem, to nie idzie w parze. Tak, wypłynęliśmy na fali euforii, upijaliśmy się własną sławą i w ogóle. Przez cały czas otacza cię mnóstwo ludzi, bez przerwy słyszysz: -Hej kolesie, jesteście wspaniali, wszystko co robicie jest fantastyczne! I po jakimś czasie temu ulegasz, nie ma rady. Wtedy zaczynasz myśleć: -Hej, jestem największą rzeczą od kiedy wynaleziono kromkę chleba! Nam się zdarzyło, a Eddie odczuł to chyba najbardziej. Uparł się, że to on będzie producentem naszego nowego albumu. W życiu nie powinniśmy się zgodzić na coś takiego, lecz wówczas byliśmy tak z siebie zadowoleni, że się zgodziliśmy.".
       I lawina ruszyła. Czy ktokolwiek mógł przypuszczać, że właśnie to rozwali zespół? A jednak się stało. Pod koniec stycznia 82 zrobili dwa numery w Ramport, potem wynajęli na cały luty markowe Morgan Studios i tam nagrali resztę. W kwietniu płyta była już w sklepach, nazywa się Iron Fist (na okładce rzeczywiście ogromna żelazna pięść w całej okazałości) i zawiera aż dwanaście krótkich, najeżonych riffami tematów: z Go To Hell, Heart Of Stone, I'm The Doctor, Sex And Outrage, America, Speedfreak, Bang To Rights i tytułowym Iron Fist na czele. Aha, i zalecają żeby słuchać tego będąc owiniętym w drut kolczasty, i że przy nagrywaniu bawili się świetnie. Co do pierwszego - zgoda, z przyjemnością!, ale to drugie??? Lemmy: "No więc, Iron Fist produkował Eddie i ten facet, inżynier dźwięku, nazywa się Will Reid Dick. Ja i Phil tylko przychodziliśmy do studia, a Phil mógł nawet po godzinie iść do domu, bo jak nagrał swoje bębny, to nie było tam nic innego do roboty tylko siedzieć i słuchać jak się ta dwójka rządzi. Ja na przykład mogłem przez cały dzień siedzieć i rozwiązywać krzyżówki, i żaden nie zapytał mnie o nic, ani słowem. W tych dniach nie byłem już liderem, były trzy oddzielne człony: Eddie nosił kapelusz z napisem "Producent", ja z napisem "Nie-Producent", zaś Phil miał napisane "Ale I Tak Jest W Studiu". Eddie nie pytał mnie o nic, a gdybym chciał coś wtrącić, jakąś uwagę, zawsze ripostował: -Nie, nie, przecież ja tu jestem producentem. A przecież nie dam mu w mordę, bo zgodziliśmy się na to, nie? No więc nagrał to po swojemu, później zmiksował, a ja byłem zbyt leniwy żeby się postawić. Nie wiem jak to się stało, ale się stało. Ciarki mnie przechodzą na samą myśl o tym jego miksowaniu. Ale trudno, będę miał nauczkę na całe życie, żeby nie uczyć się na błędach innych. Drugi raz z pewnością się to już nie powtórzy! Fakt, Iron Fist sprzedawał się niby nie najgorzej, bo doszedł do 6 miejsca, ale wiem też, że mógł to być naprawdę dużo lepszy album. Dużo lepszy...".

Część 3 Część 5