© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

CZĘŚĆ 3


       Zgodnie ze starą radziecką doktryną wojenną, że "im więcej potu na poligonie, tym mniej krwi w boju", ładują pociskami najcięższego kalibru i zaczyna się ostre strzelanie. Grają więcej i więcej, praktycznie wszędzie gdzie jest to tylko możliwe, właśnie koncertami wyrąbując sobie ścieżkę w całej tej dżungli. Jeden z takich, z Roundhouse 18 lutego'78, ukaże się na przykład na płycie What s Words Worth? równo pięć lat później. W wolnych chwilach Lemmy dorywczo współpracował z formacją The Doomed, powstałą na gruzach punkowych The Damned, co jednakowoż nie oznaczało, by choć na kwadrans zerwał więzi z macierzystą orkiestrą. No a tu jedna rzecz staje się coraz bardziej oczywista: z Chiswick daleko nie zajadą. Owszem, na początek to może i dobre, lecz żeby móc marzyć o prawdziwej karierze, koniecznie trzeba załapać się do którejś z markowych wytwórni. Co z kolei nie jest znowu takie proste; czyli kwadratura koła. Im się na szczęście udało. U schyłku lata mają w kieszeni kontrakt z Bronze Records i wygląda, że trafili nienajgorzej. Gerry Bron, właściciel i mózg firmy, to facet z głową wyjątkowo pośrodku szyi (niektórzy mówią, że nawet za bardzo pośrodku!!!), a towarzystwo w jakie tam wchodzą raczej nie wymaga rekomendacji: Uriah Heep, Colosseum, Osibisa czy Manfred Mann's Earthband. W nowych barwach debiutują singlem Louie Louie, potem album.
       Sesja w grudniu i styczniu w studiach Roundhouse i Sound Development, za konsoletą światowej klasy producent Jimmy Miller (przedtem pracował z takimi asami, jak choćby Rolling Stones, Traffic czy Blind Faith) - w marcu'79 longplay Overkill jest już w sprzedaży. Rozpoczyna się brawurowym numerem tytułowym, potem w kolejności Stay Clean, (I Won't) Pay Your Price, I'll Be Your Sister, Capricorn, No Class, Damage Case, Tear Ya Down, Metropolis i Limb From Limb na finał. Wszystko napisali we trójkę (jedynie w Damage Case pomagał im dodatkowo Mick Farren, ex-wokalista Pink Fairies), zaś Lemmy podsumował całą rzecz krótko: "O tak, Overkill to był pierwszy album, przy którym mogliśmy trochę odetchnąć. Jest nieco niejednolity, ale jeśli jesteś zadowolony z całości, to nie ma znaczenia. No i mogliśmy teraz zapłacić parę rachunków, nie musieliśmy już więcej opuszczać głów na Portobello Road w obawie, by nie spotkać tam jakichś ludzi, którym jesteśmy winni forsę.". Nowy chlebodawca zadbał także o promocję, a główną jej część stanowiło tournee po Wyspach i Europie Zachodniej. W Brytanii towarzyszył im niedawno powstały dziewczęcy kwartet Girlschool, co prócz, hmm, damsko-męskich zaowocuje i innymi przyjemnościami. Eddie produkuje ich demo, Doug załatwia kontrakt z Bronze i wspiera jako manager, plus układ o przyjaźni'n'wzajemnej pomocy do grobowej deski. Była też pamiętna sesja dla radia BBC, 26 maja, i sześć kawałków stamtąd znajdzie się później na poszukiwanym bootlegu Fuck Off No.047. Bezpośrednio po tym skok na drugą stronę Kanału i blisko dwutygodniowy objazd po Francji, od Lille przez Le Havre, Paryż do Clermont Ferrand, plus reszta kontynentu. Nie zdążyli się nawet rozpakować, już o porządnym odpoczynku nie wspominając, gdy trzeba było brać się za kolejną płytę. Dokładnie od 7 lipca do 31 sierpnia Miller wyciska z nich siódme poty w Roundhouse i Olympic, zaś jedynym urozmaiceniem tej harówy był występ na sztandarowym wówczas festiwalu w Reading. Zagrali jako gwiazda pierwszego dnia imprezy, 24 sierpnia, dzieląc estradę z nie byle kim, bo między innymi Whitesnake, Gillan, Thin Lizzy, Police, Cheap Trick, Ramones. ''
       A album? Nazywa się Bomber, na okładce cała załoga za sterami najprawdziwszego bombowca, w środku 37 minut szaleńczej rock'n'rollowej kanonady w dziesięciu kawałkach: Dead Men Tell No Tales, Lawman, Sweet Revenge, Sharpshooter, Poison, Stone Dead Forever, All The Aces, Step Down, Talking Head, Bomber. Na rynku ukaże się późną jesienią, recenzje miał nie najgorsze, mimo to Maestro Kilmister wyraźnie kręci nosem: "Bomber jest dużo gorszy niż Overkill, ponieważ mieliśmy za mało materiału i połowę trzeba było pisać w studiu. A my nie umiemy pisać w studiu, bo jesteśmy zespołem koncertowym. Zawsze wolałem jechać w trasę niż siedzieć w studiach. Nie wierzę zespołowi, który potrzebuje miesięcy żeby zrobić album. Po prostu nie mogę zrozumieć jak oni to robią. Stary, ja nie cierpię nawet prób. Zbyt wiele prób zabije cię, zresztą i tak nie da się tego porównać z koncertem. No bo zobacz, jesteś na próbie, stoisz, i co - jeden chce się urwać wcześniej żeby obejrzeć telewizję, drugi ma akurat dzisiaj randkę i chciałby umyć włosy. A ty stoisz jak kołek, różne myśli latają ci po głowie i gówno. A koncert to zupełnie coś innego, jak masz tego dnia koncert liczy się to i tylko to! Mnie naprawdę szkoda czasu na próby. No nie, w studiu też dajemy sobie radę, lecz Motorhead to mimo wszystko grupa koncertowa.".
       I tak oto kończą się lata 70-te. Jeśli spojrzeć na całą sprawę z, za przeproszeniem, historycznego punktu widzenia - właśnie oni, razem z Judas Priest, stanowią ów łącznik pomiędzy tamtymi wielkimi gwiazdami z początku dekady, pokroju Deep Purple, Led Zeppelin czy Black Sabbath, a rodzącą się dopiero potęgą nowej fali brytyjskiego metalu, z Iron Maiden, Def Leppard i Saxon na czele. Co więcej, niezależnie od takich czy innych szufladek, terminologii, etc. - nikt inny, ale oni położyli fundamenty pod metalowe super szaleństwo, które już wkrótce zawojuje świat jako Thrash; to po ich śladach pójdą na przykład Metallica, Slayer, Megadeth i cała reszta. Nnno, czyli zasługi mają że ho-ho (Ku Chwale Ojczyzny!), ale wtedy? Grubo za wcześnie na ordery, a i z bliska nie wyglądało foto specjalnie różowo. Te dwa albumy dla Bronze pozwoliły im co prawda odbić się od dna i najgorsze mają chyba za sobą, niemniej jednak wciąż są dopiero na dorobku. Do tego nie cieszą się nadzwyczajnym mirem u dziennikarzy, którzy w przypływie dobrych uczuć regularnie serwują im etykietki typu: najgorszy, najdzikszy, najpodlejszy i-kto-wie-jeszcze-jaki-zespół-na-świecie. Oni rzecz jasna mają to głęboko w nosie, robią swoje i... wygląda, że ze wszystkich sił pragną udowodnić, iż tytuł dostał się w godne ręce, ha! ha! ha! Żyją na full, rzadko trzeźwieją, a renomowana woda ognista Smirnoff, to oprócz beczek piwa ich ulubiony napój, dobry o każdej porze dnia i nocy. Nie kończące się libacje, hotelowe rozróby, tabuny zawsze łatwych panienek i zabawa do białego rana - oto cały Motorhead. Jeden nie chciał być gorszy od drugiego, normalne, zresztą z rock'n'rollowym stylem życia im zawsze do twarzy. Philthy: "Kiedy ostatni raz byłem trzeźwy? Och-uuuch-ach, nie pamiętam. Dawno temu, chyba jak byłem wtedy w szpitalu. Wiesz, zawsze masz kilku takich przyjaciół, którzy dostarczą ci szprycę... Uchodzimy za najbardziej wstrętnych, brzydkich i odpychających muzyków świata. W którejś ankiecie wybrano nas najbardziej obrzydliwym zespołem. Mimo sukcesu dwóch albumów firmy płytowe bały się nas, prasa nas nienawidziła. Ja gwiżdżę na to, olewam z góry do dołu. Bo my jesteśmy zbyt szybcy, zbyt dzicy i energiczni jak na Heavy Metal. Kiedyś nazwałem naszą muzykę "rock dla idiotów", wiesz co mam na myśli?, ha! ha! ha! A odkąd mamy nowy sprzęt, jesteśmy coraz lepsi. W naszych poprzednich zespołach także byliśmy głośni, lecz musieliśmy grać ciszej niż chcieliśmy. Od kiedy jesteśmy razem, już nie potrzebujemy się ograniczać. Jesteśmy głośni jak nikt inny na świecie: 126 decybeli!!! A wiesz, my to jesteśmy jak porządna choroba weneryczna - kiedy myślisz że nas się pozbyłeś, wracamy z podłym swędzeniem!".'

Część 2 Część 4