© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

CZĘŚĆ 2


       O czym tak naprawdę marzył w tamtych czasach każdy długowłosy chłopak z gitarą? Żeby choć raz pojechać do Londynu, do klubu Marquee, i zagrać tam. Nawet za darmo. Bo Londyn to serce muzycznej Brytanii, zaś centralą tego prawdziwego, żywego rocka jest właśnie Marquee. Te deski wycierali praktycznie wszyscy najwięksi, z Rolling Stones, Led Zeppelin, Pink Floyd czy Ten Years After na czele - pokazać się tutaj, wtedy to było coś! Lemmy ze swoją nową drużyną dostąpił również tego zaszczytu, ba, byli nawet przez jakiś czas zespołem-rezydentem. To otworzyło im niejedne drzwi i, choć początkowo wiały złe wiatry, za niedługo staną się atrakcją londyńskiego kręgu klubowego. Po Marquee przyszły występy w The Roundhouse - starej, XIX-wiecznej zajezdni kolejowej, przekształconej z czasem w centrum awangardy i artystycznego podziemia; potem inne znaczące sale i coraz liczniejsza widownia, by na koniec trafić do renomowanego Hammersmith Odeon. Wystąpili tu w przedprogramie znanej amerykańskiej grupy Blue Oyster Cult i...przegrali z kretesem. Wyszli na scenę w kiepskiej formie, zagrali jeszcze gorzej i prasa nie zostawiła na nich suchej nitki. Mimo to przystępują do pracy nad pierwszą płytą.
       Lider zabrał ekipę do swojej Walii, do Monmouth, bo tamtejsze studia Rockfield to miejsce doprawdy wyjątkowe: założone jeszcze w 1965 roku, świetna aparatura, pełne utrzymanie i wyżywienie, urokliwy walijski krajobraz dookoła, etc. etc. Nic zatem dziwnego, że cieszą się sporym wzięciem - niestety, im szło opornie. Fritz Fryer, który pełnił obowiązki producenta, jakoś nie potrafił trzymać tego w kupie, nic się nie kleiło, ponadto zaczęły się problemy natury personalnej. Lucas coraz częściej bywał nieobecny, wreszcie opuścił jedną sesję za dużo i wyleciał na zbitą twarz. Niby partie bębnów były już nagrane, ale Lemmy kręcił nosem że to nie to, po czym ze zdwojoną energią zaczął szukać nowego pałkera; kogoś naprawdę z jajami. Znajdzie, i to z jakimi!
       PHIL "PHILTHY ANIMAL" TAYLOR urodził się 21 września 1954 roku i choć niewiele zdążył jeszcze zapisać po stronie zysków, talentu ani energii mu z pewnością nie brakuje. Pełen temperamentu, zawsze skory do bitki i wypitki, gra niezwykle ostro, a o sobie opowiada tak: "Gdy byłem małym chłopcem nie dbałem o ubiór ani maniery, a kiedy przychodziłem do domu, mówiono mi z przyganą: -Jesteś taki brudas, jesteś małe brudne zwierzę! Od kiedy zamieszkałem z Ireną zmieniłem imię z Phil na Philthy, ona uważa to za dowcipne. Przy czym to "Animal" ma może trochę związek z moimi szczególnymi praktykami seksualnymi, rozumiesz, ha! ha! ha!, chodzi o sposób w jaki ja podniecam panie. Niektórzy sądzą, iż mój przydomek bierze się od tego zwierzaka z Muppet Show, co ja uważam za wielki komplement. Bo to zwierzę ma na mnie wielki wpływ, grrrrrrrrrr!!!". No właśnie. Longplay ostatecznie nosi tytuł On Parole, lecz firma Liberty wyda go dopiero za jakiś czas, ze znacznym opóźnieniem. W sumie rzecz jest raczej nieudana, choć w zestawie dziewięciu żywiołowych, hałaśliwych numerów znaleźć można i perełki: Vibrator, Iron Horse/Born To Lose, stary soulowy (!!!) klasyk Leaving Here, czy autobiograficzny Motorhead. No a tymczasem orkiestra sypie się w oczach. Po odejściu Smitha zostali bez managera, bez promotora, bez nadziei na lepsze jutro. Zadłużeni po uszy, zdani tylko na własne siły, grzęzną w błocie coraz bardziej. Larry miał wyraźnie dosyć tej szarpaniny, do tego mieszkał całkiem gdzie indziej, a i próbny kontrakt zbytnio go nie wiąże. I któregoś dnia mówi koleżkom pa-pa; na zawsze.
       Zastąpił go "FAST" EDDIE CLARKE - gitarzysta mało znany i nie pierwszej już młodości, bo urodzony 5 października 1950 roku, ale o frapującym, bardzo oryginalnym sposobie grania. Dopiero tu pokaże co jest naprawdę wart, aczkolwiek...to nie takie proste i nie od razu. Bo jego początki z Motorhead to akurat największy dołek jaki tylko można sobie wyobrazić, a cała rzecz polegać będzie właściwie na walce o przetrwanie, rozpaczliwych próbach odbicia się od dna. I tak na okrągło, dzień po dniu, tydzień za tygodniem to samo: rzadkie koncerty, bez forsy, bez kontraktu; albo wegetacja, mówiąc po prostu. Lemmy: "Oryginalny skład zawiązałem w lipcu'75 i trwało to do Bożego Narodzenia. A potem nagle zrobiło się fatalnie. Motorhead - kiedy tylko wymówiłeś tę nazwę, każdy od razu odpowiadał: złe nowiny. I przez następnych kilka miesięcy nie robiliśmy nic, naturalnie z wyjątkiem tych wszystkich rzeczy jakie robią bezrobotni muzycy, aby zarobić trochę pieniędzy. Olewałem to, że On Parole ukazał się wtedy kiedy się ukazał. I tak chciałem zmiksować wszystko od nowa. A po 18 miesiącach byliśmy bliscy rozpadu, byliśmy bowiem bardzo rozczarowani. Chociaż, ja nie. Ja chciałem ciągnąć dalej, lecz Eddie i Phil to olewali, gdyż nigdy nie byli jeszcze w takim położeniu w jakim byłem ja, przez te wszystkie lata przedtem. Obaj byli trochę zniechęceni i mówili mi: -Rozwiążmy się. A ja odpowiadałem: -Zobaczę czy uda nam się zostawić po sobie chociaż nagranie. Chcieliśmy nagrać nasz ostatni koncert w Marquee. I zjawiliśmy się tam, jednak bez wozu nagraniowego. A Ted Caroll, facet który miał nas nagrywać, zmieszał się i wyjaśnił: -Przepraszam, lecz nie mogłem zdobyć żadnego wozu. Ale obejrzał występ i potem powiedział, że chce zrobić z nami singla. Udaliśmy się więc gdzieś do Kent. Przez dwa dni zrobiliśmy 13 nagrań, bez partii wokalnych, a później przyszedł Ted, posłuchał i powiedział: -Kurwa, robimy album! I tak to się zaczęło.". Ale póki co, dalej, są bez kontraktu i piętrzą się kłopoty. Pierwsza mała płytka, Leaving Here/White Line Fever, ma być wydana przez firmę Stiff Records, tymczasem dużo szybciej ukazuje się... we Francji, nakładem Skydog. Wtedy wkracza do akcji młoda wytwórnia Chiswick, odkupuje prawa edytorskie - i cała naprzód!
       Wiosną'77 gotowy jest maxi-singiel Motorhead/City Kids, przy czym oba numery są tu w nowych, innych niż na On Parole wersjach. Dosyć niespodziewanie cały nakład (sporo, bo 12,500 sztuk) rozszedł się od ręki i trzeba było tłoczyć kolejne serie. Doug Smith obejmuje ponownie funkcję managera, wracają też do aktywnej działalności estradowej. Opracowują nowy program, ogrywają go w klubach, i w drogę. 3 czerwca w Birmingham Town Hall startuje duże brytyjskie tournee Hawkwind; jako gość specjalny Motorhead, dla których jest to praktycznie pierwsze spotkanie z tak licznym audytorium. Było nieźle, więc idą za ciosem i 30 lipca inaugurują już własny, 4-tygodniowy objazd po Zjednoczonym Królestwie: "Beyond The Threshold Of Pain". Jako support gwiazdka ze stajni Chiswick, bluesujący kwintet The Count Bishops i tak sala za salą: Hastings Pier Pavilion, Stafford Top Of The World, Manchester Electric Circus, Plymouth Woods Centre i tak dalej. Niestety, w połowie sierpnia trasa zostaje przerwana - w ostrej hotelowej bójce z jednym z członków ekipy technicznej Philthy złamał prawą rękę i wylądował w szpitalu. Zaś resztę koncertów przełożono na koniec roku; siła wyższa, co zrobić.
       24 września trafia do sklepów longplay zatytułowany po prostu Motorhead, promowany chwytliwym sloganem: "oto album, którego nie odważyła się nagrać żadna inna kompania!". I jest to prawdziwa winylowa premiera Gangu Kilmistera; tym bardziej, że On Parole każdy chciałby jak najszybciej wymazać z pamięci. Aż pięć kawałków nagrali od nowa: Motorhead, Vibrator, Lost Johnny, Iron Horse/Born To Lose i The Watcher; do tego doszły trzy inne: White Line Fever, Keep Us On The Road oraz znany temat The Train Kept A Rollin'. W sumie osiem tytułów i 32 minuty 39 sekund czystego grania. New Musical Express pisał wówczas tak: "jeżeli nawet nie widziałeś Lemmy'ego grającego na basie w Hawkwind, ani nie słyszałeś dotąd jeszcze jego nowego combo, prawdopodobnie dość dokładnie ocenisz ideę muzyki Motorhead z surowego logo - dziki pies, obowiązkowo swastyka i żelazny krzyż, do tego stylowa niemiecka typografia na okładce. Motorhead są głośni, oszczędni, złośliwi i bezmyślni, i tak dalej. Nie są może jeszcze za dobrzy w studiu, ale grają naprawdę.". Zaledwie trzech instrumentalistów robi tutaj hałas, że daj Boże zdrowie: ostro szarżująca gitara, wściekły łomot perkusji plus dudniący bas i ochrypły, wręcz do granic przyzwoitości zdarty głos lidera. Non-stop na najwyższych obrotach, a jeszcze podkręcają tempo. Ot, mocna, typowo męska muzyka. Lemmy do trójczłonowych formacji odnosi się zresztą ze szczególną atencją i ma na ten temat swoją własną teorię: "Ci wielcy odeszli, i Hendrix odszedł, i Cream odeszli. Lecz ileż jest potężnych trio działających wewnątrz zespołów, których tak naprawdę to nikt nie zauważa. Hawkwind mieli takie silne trio: ja, Brock i Simon King na bębnach - jedno z najlepszych jakie kiedykolwiek słyszałem. Nie dbam o to co mówią inni i wiem, że nie były to tylko trzy akordy, ponieważ ja tam grałem. W szczytowym momencie to był po prostu dynamit.". Mają zatem z kogo czerpać dobre wzory, teraz trzeba kuć żelazo póki gorące. Im dwa razy powtarzać nie ma potrzeby, chwytają w lot. Perkusista szybko odzyskał sprawność i jesienią wrócili na scenę. Album sprzedaje się raczej średnio, więc dalej toną w długach i ledwo wiążą koniec z końcem. A trudno jest podwójnie. Środek lat 70-tych bowiem to czas wyjątkowo nie sprzyjający długowłosym rockersom w skórzanych kurtkach. Z jednej strony wyszczekana rebelia punk zmiatająca wszystko co inne, z drugiej konfekcja pop-disco i niema monotonia elektronicznych katarynek. Ludziom spod znaku ciężkiego grania wiedzie się marnie, szczególnie tym, którzy nie zdążyli się wcześniej ustawić. Co tu kryć, Kilmister-Clarke-Taylor zdecydowanie się do nich zaliczają - tym bardziej jednak postanawiają trzymać się raz obranej drogi i mowy nie ma o jakimkolwiek kompromisie.

Część 1 Część 3