© M4c


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7

Biografia ta została napisana około 1990 roku, ale niestety nie znam jej autora... Materiał dostałem od Roberta Janiczka (jeszcze raz wielkie dzięki Robbo!!!) i stwierdziłem, iż jest tak dobry, że koniecznie muszę go opublikować. Po paru małych poprawkach (z tym, że starałem się jedynie poprawiać tylko jakieś drobne rzeczy, a inne wolałem zostawić, np. nie jestem pewien tego epizodu z klubem Marquee na początku ich kariery, osobiście uważam, że jest to pomyłka, ale mimo to zostawiłem to tak jak jest, bo tekst straciłby sens) prezentuję wam go w całej okazałości, a jest co czytać. W dużej mierze składa się z wypowiedzi samych muzyków i przez to daje pełniejszy obraz tego, w jaki sposób przez te lata grupa dorobiła się statusu grupy kultowej i legendarnej. W związku z tym, że materiał jest naprawdę obszerny, jak na warunki internetowe, prezentuję wam go w kilku częściach.

CZĘŚĆ 1


       "Heavy Metal? Och, ten termin zawsze mnie dobijał. Ja to nazywam rock'n'roll, albo rock. Wyobraź sobie, naprawdę nie obchodzi mnie jak to nazwą inni, mi bez różnicy. To takie naturalne rozwinięcie od Eddie Cochrana i Little Richarda, i zawsze możesz to rozpoznać. Choć będzie to trudne dla ludzi, którzy myślą, że jest to muzyka dla idiotów, dla tych, co tylko walą głowami w ścianę, noszą skórzane kurtki i nie potrafią z tobą rozmawiać. Zobacz, a ja z tobą rozmawiam i mogę porozmawiać z każdym, który tak myśli. Motorhead to skurwysyńsko dobry, uczciwy zespół rock'n'rollowy. Ja tak uważam. Zawsze chciałem grać tę muzykę, sam wybrałem takie życie, jestem naprawdę bardzo szczęśliwy i nigdy nie przestanę tego robić. Chociaż, prawdę mówiąc, powinienem umrzeć już dość dawno. Przez te wszystkie lata nauczyłem rujnować się rzeczywiście dobrze, robiłem to, co najmniej cztery razy w życiu. A jeśli chciałbyś zrujnować się kompletnie, po prostu jedź na trzy miesiące w trasę z Motorhead. Wystarczy! Daję słowo, ha! ha! ha!". Amen. I to jest właśnie on, cały on - stary dobry LEMMY, basista, wokalista i lider MOTORHEAD.
       Naprawdę nazywa się IAN KILMISTER, a na świat przyszedł 24 grudnia 1945 roku, gdzieś w północnej Walii. Jeśli historia nie kłamie, od małego interesowały go tylko dwie rzeczy: konie i rock'n'roll. Wybrał to drugie: "Widzisz, kiedy ja byłem gówniarzem, to czasy były takie, że chłop to był naprawdę chłop, ha! ha! ha! Wybrałem rock'n'rolla, bo to taka niegrzeczna, niepokorna muzyka, bo rodzice tego nienawidzili, bo jest w tym ta wspaniała postawa. Pierwszy raz mnie wzięło, gdy zobaczyłem jak Little Richard śpiewa "Good Golly Miss Molly" - i kaplica, wzięło mnie bez reszty. Tak naprawdę, to nawet nie wiedziałem, że on nie jest biały, nigdy wcześniej nie widziałem jego zdjęcia. Potem oczywiście The Beatles, dla mnie największa grupa świata. Później pierwszy album Pink Floyd, Creedence Clearwater Revival, naturalnie Jimi Hendrix. On i Jeff Beck to dla mnie najlepsi gitarzyści na tej planecie. I tak dalej. Jedyne co chciałem w życiu robić, to grać rock'n'rolla.". Wcześnie opuścił dom rodzinny i wziął kurs na Londyn. Sam uczył się grać na gitarze, by po trzech latach upartych ćwiczeń zadebiutować w The Rocking Vicars. Zespół działał już ładny kawałek czasu, nagrywali nawet dla Decca, lecz im dalej tym gorzej - bojkotowani przez radio, telewizję i promotorów, grali coraz rzadziej, w końcu popadli w długi i rozlecieli się: "Vicars byli pierwszym brytyjskim zespołem punk i to jest prawda! Ciggy Shaw, nasz perkusista, był takim Johnny Rottenem z Bolton Palais. Pierwszy singiel ze mną wyszedł w 1966 roku, nazywa się It's Alright, i był podrobionym numerem The Who, The Kids Are Alright. Napisali to zanim jeszcze przyszedłem. Na kolejnym był Dandy, utwór z repertuaru The Kinks. Wtedy grałem na gitarze prowadzącej. Jakim byłem gitarzystą? Okropnym. Naprawdę miernym. Dawałem z siebie wszystko, ale muszę przyznać, że to było beznadziejne.". Dalej była formacja o kryptonimie Sam Gopal, i również cieniutko: "Sam Gopal? O, to był bardzo dziwny zespół. Ja, jeszcze jeden gitarzysta i basista. Sam Gopal to był taki facet, który grał na tabli, no, taki pół-Birmańczyk pół-Hindus. Nagraliśmy tylko jeden album, Escalator, za to właśnie wtedy napisałem swój pierwszy w życiu utwór. W rzeczywistości całą płytę napisałem w ciągu dwóch dni.". Po czym zaczęły się schody. Załapie się, co prawda do grupy Opal Butterfly na krótko, ale potem nic. I gdy szukał jakiejkolwiek, choćby najnędzniejszej roboty, trafia mu się gratka nie lada - dostał się do ekipy technicznej Jimi Hendrixa: "Po przyjeździe do Londynu dzieliłem mieszkanie z Noel Reddingiem i takim kolesiem, który był technicznym u The Who. Robili jakąś tam trasę i to on załatwił mi tę robotę. Hendrix stał się właśnie wtedy wielki, ale ja nie byłem jego technicznym. Ot, zwyczajnie nosiłem graty, taka jest prawda. Jak to wspominam? Nie najgorzej. Jimi dużo palił i zawsze zostawało dla innych, dla mnie również. Brałem krzesło, siadałem za kulisami i co wieczór patrzyłem jak gra. I do dzisiaj nie potrafię powiedzieć jak on to robił! Na scenie ten skurwysyn był niesamowity, zupełnie jak jakiś przybysz z innej planety. Ten facet mógł wyjść któregoś wieczoru i grać obok tonacji, totalnie fałszować, a gdy uderzał w solówkę - wszystko stroiło, że hej, nie dało się nawet tego zauważyć. Albo grał tak szybko, że nie zdążał nawet wyśpiewywać słów! A w ogóle, to czciłem go jako niezrównanego jebacza. Tak, to były dobre czasy: dużo i za darmo. Z której strony by na to nie patrzeć...".
       A później nastąpił pierwszy znaczący rozdział w jego przebogatej karierze - na imię ma Hawkwind: "Dik Mik, klawiszowiec Hawkwind, opuścił właśnie zespół żeby udać się do Indii. Ale dojechał tylko do Gloucester Road. Spotkał w pubie taką jedną dziewczynę i na tym się skończyło. Źle zrobił, owszem, potem włóczyłem się z nim i razem graliśmy stare numery Ricky Nelsona. Mieszkał nawet u mnie dwa tygodnie, dopóki nie skończyła się forsa i żarcie. Wtedy zdecydował się wrócić do Hawkwind, i zapytał: -Dlaczego nie pójdziesz ze mną, załatwię ci robotę w tym zespole. No to poszedłem, a on wciskał im, że to właśnie ja jestem człowiekiem jakiego potrzebują. Tyle, że oni potrzebowali basisty, nawet mieli pięciu chłopaków których próbowali, ja zaś byłem gitarzystą prowadzącym. I chciałem być tylko gitarzystą prowadzącym. Ale jeździłem z nimi na koncerty, patrzyli na mnie raczej krzywo, bo niby chciałem wcisnąć się do zespołu na chama, i to milczenie w furgonetce, to było bardzo niezręczne...No i któregoś dnia mieli grać darmowy koncert na Paris Square w Nottinghill Gale, w Londynie i nie przyszedł basista. W ogóle, basista Hawkwind był wówczas prawie primadonną, nie przychodził na koncerty, choć jego sprzęt był. Zapytali, kto potrafi grać na basie. Jeden z moich przyjaciół pokazał na mnie, że ja. Gdy ja tymczasem w życiu na tym nie grałem, kurwa, kompletna panika! Pomyślałem sobie jednak, że jeśli nie mogę być gitarzystą, to może z tym się uda. Przewiesiłem bas przez ramię, spojrzałem na to gówno, toto na mnie, i pomyślałem: -Och, ale ja przecież nie umiem w ogóle na tym grać!!! I wyszedłem na scenę. Na szczęście znalazła się pomocna dłoń - Dave Brock, ich gitarzysta, powiedział mi, że to będzie w tonacji E. Rzeczywiście, i on zaczynał, bo gdybym ja musiał, prawdopodobnie wszystko skończyłoby się zanim by się jeszcze zaczęło. No więc gram za nim, z mojego punktu widzenia gorzej z minuty na minutę, koszmar, ale widocznie czegoś się tam musieli doszukać, gdyż po koncercie oznajmili mi: -Dobra, na razie możesz zostać, potem zdecydujemy czy cię przyjąć do zespołu. Wzięli mnie na próbę, na sześć miesięcy, zostałem na cztery lata. A gdy mnie wyrzucali, nadal nie byłem oficjalnym członkiem tego zespołu! Do Hawkwind przyłączyłem się w sierpniu 1971 roku i pierwszą rzeczą jaką razem zrobiliśmy był album Doremi Fasol Latido (bardzo oryginalny tytuł, musisz przyznać!), było to wręcz okropne. Potem w The Roundhouse nagraliśmy rzecz nazywającą się Greasy Truckers. Silver Machine pochodzi właśnie stamtąd, Bob Calvert śpiewał. Nie mogłem uwierzyć. Najzupełniej niespodziewanie znalazłem się na okładce New Musical Express. Utwór dostał się na listy przebojów, a ja przestraszyłem się jak wszyscy diabli. Gorączkowo kupowałem gazetę: -Jezu Chryste, to znowu idzie do góry! To był fenomen. Później był kolejny singiel, Urban Guerilla, lecz nie zaszedł już tak daleko. I koncertowy longplay Space Ritual, a ostatnią rzeczą jaką z nimi nagrałem był singiel, z Kings Of Speed na stronie A. Na stronie B była oryginalna wersja Motorhead. Pierwszy raz nagrano ją z solówką skrzypiec, to bardzo interesujące, ha! ha! ha! W ogóle, Hawkwind to była cholernie wielka, zła rzecz. To był wspaniały, piekielny zespół! Królewskie honoraria? Że co? Żartujesz chyba. Najwięcej zdarzyło mi się dostać 60 funtów na tydzień, plus jakaś premia od czasu do czasu. Daj spokój. Wyleciałem za narkotyki, po incydencie na granicy kanadyjskiej, to był rok 1974. Ale tak naprawdę, to wyrzucono mnie wcześniej i z trochę innego powodu, nieważne. Jasne, było mi smutno, że mnie wylali - w końcu nie byłem gorszy od żadnego z reszty zespołu. Cóż, stało się. Rzekomo wywierałem na nich zły wpływ. Dobre sobie - to tak, jak bym tam przyszedł wąchać róże! ha! ha! ha!".
       Ale że podobno nie ma tego złego... Zamiast płakać po nocach i lizać rany postanowił, że po prostu zmontuje swoją własną kapelę. A co. Branżę poznał już od podszewki, papiery na granie ma, chęci również - więc czemu by nie spróbować? Co prawda nie przypuszczał, że ta droga może iść aż tak pod górę, no ale słowo się rzekło. Doug Smith, który przedtem pracował dla Hawkwind, po znajomości zgodził się objąć funkcję managera, i teraz trzeba było tylko rozejrzeć się za jakimiś muzykami. Znalazł, nawet szybko. LARRY WALLIS nosił długie czarne włosy i ciemne okulary, przez kilka miesięcy obsługiwał gitarę solową w niezapomnianej grupie UFO, stąd trafił do Pink Fairies, a ci grywali często razem z Hawkwind, i resztę każdy dośpiewa sobie sam. Za bębnami usiadł niejaki LUCAS FOX - i tym właśnie sposobem, latem 1975 roku narodziło się trio MOTORHEAD. Jeśli wierzyć legendzie, Lemmy zrazu upierał się przy Bastard, lecz menago jakoś zdołał wybić mu z głowy tę kontrowersyjną nazwę. I stanęło na tym co jest: "motorhead", to w młodzieżowym slangu taki, hmm, super-świr na punkcie szybkości; coś w tym guście. Jeszcze tylko umlauty do ozdoby i pajechali!!! A propos, jeżeli już jesteśmy przy tego typu czułościach - skąd u licha ta jego dźwięczna ksywa? Od zawsze miał taki paskudny zwyczaj sępienia, zaczepiał każdego: "lemme a fiver, lemme a fiver" ("daj mię piątaka, daj mię piątaka"); no i tak już zostało: LEMMY (cztery struny + głos). Na zdrowie!

Część 2