© M4c



Opis płyty

M4c

       Jak by to napisać? Nie wiem. Naprawdę nie wiem jak mam zacząć... Ta płyta to dla mnie jest coś takiego, że.... no.... Może tak...
       Wyobraźcie sobie taką sytuację, która ma właśnie miejsce w tym momencie kiedy piszę tą recenzję. Jest bardzo późno w nocy. Obok śpi rodzinka i muszę być cicho. Wkładam do odtwarzacza srebrny krążek, wciskam "play", ale nie mogę zrobić głośniej... A tu leci "On Your Feet...", "Burner", "Death Or Glory"!!! Czuję jak w środku mi się mózg gotuje, a serducho wskoczyło na piąty bieg. Chce mi się skakać i wyć... Aaaaaaale nie mogę!!! Coś strasznego! Zakładam więc słuchawki i podkręcam na full i... już jest lepiej. Burrrrrrnerrrrr anyway!!!!!!
       Ta płyta to dla mnie WSZYSTKO!!! Jest jak powietrze, gdyby jej nie było, to by chyba mnie też już nie było. Biję pokłony! Motorheadzie! Lemiacho! Bensonie! To ja, wasz oddany sługa! Czekam na rozkazy...
       Każdy dźwięk, każde słowo, każdy najmniejszy niuans jest tu ważny. Dostaję pomieszania zmysłów przy pioruńskich "On Your Feet Or On Your Knees", "Burner" czy "Death Or Glory". Przy "I Am The Sword" wpadam w trans. "Born To Raise Hell" - krzyczę w niebogłosy. Przeżywam głęboko "Don't Let Daddy Kiss Me", by znowu tańczyć w szalonym tempie "Bad Woman". Przy "Liar" przechodzą mnie na wskroś ciarki. Z "Lost In The Ozone" oblatuję dookoła Alpha Centauri. By wylądować na ziemię chwiejąc się na boki przy "I'm Your Man". Przy "We Bring The Shake" dostaję wstrząsu mózgu. A w trakcie "Devils" przeżywam potrójny orgazm.... A potem leżę jak otępiały i wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec... Po kilku minutach przemywam twarz i znowu paluch kieruję w stronę przycisku "play".
       To jest dla mnie PŁYTA WSZECHCZASÓW i w zasadzie nic już więcej pisać nie muszę. Niech zabrzmi rock and roll - "Lost In The Ozone, Nothing Left To Say"

PS. Chyba już wiecie dlaczego tak nazwałem swoją stronę...

"Metal Hammer" nr 10/93 - Tony Dillon

       Czy to jest możliwe? Czy to jest tryumfalny powrót Motorhead? Na to wygląda, bo ponowne wydanie "Ace Of Spades" przyniosło grupie ponowny, spory rozgłos. Czas więc zauważyć nowy LP "Bastards", gdyż jest to dzieło metalowych The Beatles, którzy od lat grają głośno i czadowo. Ten krążek to powrót do formy po wpadce, jaką były dwa ostatnie albumy (!!??? - przyp. M4c) z "March Or Die" na czele. Ten krążek to czad! Ten krążek to odlot, bo płyta "Bastards" to szybkie granie! Po wysłuchaniu "Bastards" wielu tytułowych nygusów będzie się zastanawiało, jak to się mogło udać! Na tej płycie Motorhead brzmi, jak przystało na Motorhead bez zbędnych, amerykańskich ozdobników i wpływów. To jest surowa, rajcowna muzyka, jaką słucha się na Gwiazdkę w słynnej sali koncertowej Hammersmith. "Burner", "Bad Woman" i "Born To Raise Hell" to prawdziwa szarża przez ścianę dźwięku. Jeśli chodzi o "We Bring The Shake" oraz "On Your Feet", to pełny czad ujawnia się tu poprzez świetny klimat tej muzyki. Nie ucząc się na własnych błędach Motorhead sięgnął znowu po balladę ("Daddy Kiss Me"), która nie pasuje do głosu Lemmy'ego, ale stało się i już. W sumie ten album zasługuje na taki tytuł.

konrad

       Jest najlepsza pod słońcem!!!!!!!!! Kawałki "Bad woman" czy "Born to raise hell", "Death or glory", no po prostu rewelacja. To był pierwszy Motorhead jaki dostałem, mam jeszcze Orgasmatron i Iron fist.

Johnek

       Płyta powala na kolana, jest rewelacyjna, bombowa. Jestem fanem Motorhead od lat i zawsze powracam do tej płyty z wielkim sentymentem, daja chłopaki ognia.

Marcos

       Są albumy po prostu wybitne. Przyznam szczerze - kupowałem ten krążek bez specjalnych nadziei, po prostu kolejny album Motorhead w mojej skromnej dyskografii. Teraz mogę powiedzieć otwarcie - nie miałem pojęcia jaki krążek kupiłem... Zaczynamy od trzasku niczym z płyty analogowej. Nie ma czasu do stracenia, z niebywałą szybkością wdziera się w nasze uszy "On Your Feet Or On Your Knees". Kawałek jest szybki, po prostu od razu wprowadza nas w tempo tego albumu. Zagrany jest wzorowo, po prostu sprawia, że zaczynasz lot w kierunku ściany, w którą swoją energią wgniata cię "Burner". Szybkie gitarowe intro i tak już zostaje do końca tego numeru - szybkość, iście demoniczna. Po prostu brak wytchnienia. Myślisz, że już wystarczy, że przydałoby się odpocząć? Cóż, "Death Or Glory" znowu wjeżdża na scenę z niebywałą szybkością, ale zaraz chwilę ochłoniesz za sprawą dość rozprężającej wstawki w środku utworu., Ale nie odpoczniesz długo, bo zaraz znów wracasz do tego szaleńczo - morderczego tempa, od którego chciałeś uciec. Zresztą i kolejny numer, "I Am The Sword", jest powalająco szybki. Jak cięcie mieczem - szybkie i precyzyjne. Założę się, że te kawałki trafiają w samo serce wielu tych, którzy słuchają tego materiału. Cios został wymierzony nader precyzyjnie... "Born To Rise Hell" wita nas solówką pana Dee. Trochę wolniejszy utwór, wyraźnie daje nam znak, że teraz wreszcie możemy trochę odpocząć od tego morderczego tempa. Być może nie tak do końca, ale chwila wytchnienia już blisko... Oto jest, odpoczynek dla tych, którzy już nie mają sił "Don't Let Daddy Kiss Me". Może nie do końca odpoczynek, bo tekst jest strasznie pesymistyczny... Typowa ballada mająca chwytać za rozpalone do czerwoności już serducho. Mi szczególnie podoba się tutaj to, że ze zwrotki na zwrotkę dołączają coraz to nowe instrumenty i finał jest już w pełnej gamie dźwięków. I koniec laby, "Bad Woman" rozbuja cię choćby tego nie wiem jak nie chciał. W miarę szybki, zagrany z wypierdem, po prostu typowy Motorhead - Lemmy znów chce wyrwać jakąś niewinną (?) dziewczynkę :). O, przepraszam... złą kobietę :) "Liar" znów zwalnia. Hej, zastanów się tylko czy to nie jest przypadkiem tekst o tobie... Ciekawe są tutaj partie gitar, nie, żeby jakieś wyjebane solówki, ale ciekawie zagrany stuff. Co wy na jeszcze jedną balladkę, trochę lżejszą od "Don't Let" ale utrzymaną w podobnym, dość smętnym klimacie? Ale tak serio, to "Lost In The Ozone" jest jednym z moich ulubionych momentów tej płyty. Bardzo dobry kawałek. Nie jest długi, przez co nie nudzi. Dobrze wyważony utwór. Ciekawe jest intro "I'm Your Man". Pokażcie mi kogoś, kto nie bujałby się słysząc ten utwór? Chyba musi być głuchy jak pień :). Zaraz potem następuje krótkie "wyznanie wiary", czyli "We Bring The Shake". Nie wiem jak oni to robią, ale ten album od początku do końca wypełniają naprawdę wyjątkowe numery. Fajnie brzmi tutaj lekko odbajerzony głos Lemmy'ego. Jak zwykle nie przesadzają z wodotryskami i efekt końcowy jest po prostu powalający. Muszę powiedzieć, że chłopcy zostawili na koniec to co najlepsze - "Devils" to numer, który zdecydowanie najbardziej przypadł mi do gustu już od pierwszego przesłuchania... Właściwie ma dwie części tę z i tę bez tekstu. Która jest lepsza? Nie odpowiem wam na to pytanie, bo utwór jako całość jest po prostu wspaniały. Doskonale dobrany jako koniec właściwego albumu. Cóż więcej dodać? Nic się nie da. Album jest wart przynajmniej jednego przesłuchania. Dlaczego tylko jednego? Bo jestem pewny, że każdy kto raz go przesłucha nie będzie się mógł oprzeć i ten krążek będzie często gościł w jego odtwarzaczu. Cóż, album jest po prostu GENIALNY i nikt nie jest w stanie przekonać mnie, że jest inaczej. Naprawdę kawał dobrej roboty!!! Spv wypuściło niedawno reedycję tego albumu i jako bonus track pojawił się "Jumpin' Jack Flash" Stonesów w wykonaniu, oczywiście, Motorhead. Przyzna, że ten cover został dobrany całkiem nieźle i jako dodatek wcale nie psuje majstersztyku w postaci albumu Bastards.

Carnage

       To jedna z moich ulubionych płyt. Przedstawia bardziej surowy Motorhead niż ten z "March Or Die". Brzmienie jest ostrzejsze, dzięki świetnej produkcji. A kompozycje? Dorównują tym z "1916", a nawet są lepsze.
       Początek "On Your Feet Or On Your Knees" mówi wszystko: nie ma miejsca na kompromisy. Wspaniale brzmiące wszystkie gitary, i ten chrapliwy głos Lemmy'ego! "Burner" jest genialny: po gitarowym wstępie ostro rusza do akcji perkusja, czyniąc ten kawałek jednym z najszybszych utworów Motorhead. I ta wspaniała solówka! Aż ciary chodzą po plecach! Utwór po prostu niszczy wszystko, co spotyka na swej drodze. Nie zwalniamy tempa przy "Death Or Glory" i "I Am The Sword". Ten drugi brzmi w całości jak absolutna klasyka! Takich odczuć miałem więcej: awangardowy wstęp do "I'm Your Man", refren "We Bring The Shake" (mój ulubiony utwór na "Bastards"), solówka w "Lost In The Ozone". "Born To Raise Hell", początkowo kpiący z "Run To The Hills" Iron Maiden, ze wspaniałym skandowaniem czy akustyka w "Don't Let Daddy Kiss Me". To jest geniusz!
       Na sam koniec: "Devils". Utwór, który jest kumulacją najlepszych fragmentów płyty i jakby spinający wszystko w klamrę. Kto go nie słyszał - ma czego żałować. Po prostu nic nie zabije potęgi tych utworów, które również świetnie wytrzymują próbę czasu. Ale o czym ja piszę: wszystkie kawałki są wyśmienite, a "Bastards" może spokojnie konkurować z takimi cudami jak "Overkill" czy "1916".
       PS. Super okładka - Joe Petagno również zasługuje na tytuł Bastarda!

Spis recenzji