© M4c



Opis płyty

M4c

       Niewątpliwie najbardziej kontrowersyjna z wszystkich płyt Motorhead. Fani dzielą się na dwa przeciwstawne obozy. Jedni się nią zachwycają inni jej nie lubią. Ja stoję po środku, ale jestem bardziej zwrócony w stronę tych drugich. To znaczy nie uważam tej płyty za słabą, ale do moich faworytów też zaliczyć jej raczej nie mogę.
       Na pewno nie jest to też łatwa płyta. Wymaga od słuchacza znacznie więcej zaangażowania niż chociażby "Iron Fist" czy "Orgasmatron".
       To jest płyta, która ma wiele wręcz genialnych riffów, ale jest po prostu zbyt mocno zdominowana przez gitarowe popisy nowego nabytku Lemmy'ego. Brian Robertson - gitara piszcząca ;-)
       Wiem, wiem, że zaraz odezwą się obrońcy tej płyty, że przecież Brian jest genialnym gitarzystą itp. itd. Tak! Jest super gitarzystą, czego dał wyraz szczególnie w jednym ze swoich poprzednich bandów, niezapomnianym Thin Lizzy. Ale to jest Motorhead i nie wszystko co było w Thin Lizzy, przystoi w Motorhead. Poza tym tam Brian grał nieco inaczej, bardziej zespołowo (te piękne duety ze Scottem Gorhamem!), a tutaj się chłopak za bardzo rozbrykał. Niektóre solówki są zbyt rozwlekłe jak dla mnie i nie zawsze wnoszą to co powinny.
       Posłuchajmy chociażby takiego "Rock It". Kawałek jest świetny, ma super-riffy, zwłaszcza ten moment kiedy Lemmy dochodzi pod koniec kawałka bardziej do głosu, no ale solówka Robertsona w środku kawałka, to po prostu jest bezsensowna. Mimo to bardzo lubię ten song.
       Robbo ma dużo dobrych pomysłów w niejednym kawałku. Taki "Back At The Funny Farm"... , kawałek hula, że aż miło, ale zawsze musi być jednak coś nie tak, jakieś kilka dźwięków, które wpływają na całość oceny. Nie wiem może te efekty, które tu zastosował do swojego wiosła, sprawiają, że brzmi to tak jak brzmi.
       "Dancing On Your Grave" - świetny riff na początku, i za chwilę wchodzi "gitara piszcząca", no i znowu jest coś nie tak.
       A już totalnie rozhulał się Robbo w takim "One Track Mind" czy "Another Perfect Day". Dwa całkiem dobre kawałki, ale znowu o jakieś kilka kropel cierpkiego campari za dużo.
       Singlowe "Shine" i "I Got Mine" są fajnymi kawałkami, często można je usłyszeć na wszelkiej maści składakach. Ale gdy ich słucham w towarzystwie hiciorów Motorhead z innych płyt, to zawsze jakoś tak przelatują nie wiem kiedy.
       Ja osobiście polecam 3 kawałki z tej płyty - wspomniany "Rock It", a także świetnie pomyślany "Tales Of Glory" (ten mostek!) oraz kończący płytę "Die You Bastard". Chociaż i "Back At The Funny Farm", i "Marching Off To War", i "Dancing On Your Grave" są w dechę. Przez te genialne riffy jednak wiele kawałków się broni.
       Chciałbym jeszcze zwrócić wam uwagę na kawałek, który znalazł się na drugiej stronie singla "I Got Mine", czyli "Turn You Around Again" (dostępny też na zremasterowanych CDkach). Kolejny świetny riff do kolekcji, szkoda, że nie znalazł się na długograju.
       Generalnie, im więcej się słucha tej płyty, to odkrywa się coraz więcej smaczków. Ale najlepiej smakować jej w małych dawkach. Długotrwałe i zbyt częste obcowanie może grozić kacem... No proszę, może wreszcie udało mi się odkryć tajemnicę, którą kryje ta płyta... Robertson po prostu był cały czas tak nakirany podczas nagrywania tej płyty, że alkohol przesączył mu się z paluchów na dźwięki jego gitary. Ale to musiał być jakiś toxic drink ;-)
       No dobra, dam jeszcze pół punktu i wypiję już do dna...

Alex

       One Track Mind... One Track Record - tak mogłaby nazywać się cała ta płyta. No, może przesadzam. Honoru krążka Another Perfect Day broni jeszcze I Got Mine. No, niech wam będzie. Właściwie cała końcówka płyty jest niczego sobie. Ale reszta... Skąd Lemmy wytrzasnął tego gitarzystę? Toż to brzmi jak nie przymierzając Lombard z dobrych lat, albo inna tego typu, nadwiślańska produkcja. Początek z "Back At The Funny Farm" brzmi autentycznie jak z koncertu w wariatkowie, potem już jakoś idzie. Bas i wokal jak zwykle trzymają wszystko w kupie. A potem ta pokraczna solówka... no, dobra. Zgrabne przejście i koniec żenady - jedziemy dalej. Ale nie długo. Znowu trzy grosze Robertsona, zaraz potem szybki zjazd do boksu i koniec. "Shine". Typowa motorheadowa produkcja. Bas, wokal, perkusja. Gitarę słychać dopiero w solówce, więc można się przemęczyć. Jedziemy dalej. "Dancing On Your Grave". Pierwsza partia gitary - "Albercik, ja ją już gdzieś widziałem...". Gdybym tylko potrafił wyniuchać, skąd to jest zerżnięte. Reszta kawałka - zapomnij. Solówki ni w pięć, ni w dziewięć. Nie wiem, czy zauważyliście, ale to strasznie długa płyta, jak na wczesne produkcje tej kapeli. To chyba właśnie przez te harce na gitarce. Ale ja tu sobie gadu, gadu, a w międzyczasie przeleciał nam "Rock It". Mała strata. To i tak jakby kawałek bez historii. Dopiero "One Track Mind" przypomina, że to jednak płyta Motorhead. Kawałek świetny, a refren śpiewa się z Lemmym, bo jak to często bywa z jego refrenami - tekst krótki i łatwy nawet dla anglistycznych dyletantów. Bardzo koncertowy (jeśli wiecie, co mam na myśli). Numer tytułowy "Another Perfect Day"- znów Lombard, skrzyżowany nieco z Budką Suflera. Oczywiście - tylko na początku. Potem wchodzi zwrotka i jakoś się to prostuje. Numer niczego sobie, ale ja bym go na tytułowy nie wybrał. No, ale ja nie nazywam się Ian Killmister. Jego cyrk, jego małpy. "Marching Off To War" - dynamiczny, szybki, jednak jakby tu czegoś brakowało. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z Built For Speed. Coś tam jest takiego w refrenie. Pi, pi, pi - ostatnia solówka przebrzmiała, koniec kawałka jest do dupy, ale cisza, zaczyna się znów coś konkretniejszego. "I Got Mine". Znów śmieszny flanger przy gitarze, ale tu już to tak nie razi. Wprost przeciwnie. Wszystko ma ręce i nogi, choć solówek sporawo, a kawałek chyba najdłuższy na płycie. Zjazd w połowie numeru to fajny pomysł, bo wprowadza fajny zakręt, bez którego mogłoby się trochę dłużyć. Po krótkiej przerwie mamy nieźle brzmiący rozpęd i piosneczka znów wskakuje na obroty. "Tales Of Glory"- nie jest to może numer jeden tej płyty, ale dobrze go zagrali, szybko, z wykopem, bez rozciągania w nieskończoność, taki powinien być rock'n roll. Przypomina nieco późniejsze produkcje. No i ostatni na płycie - "Die You Bastard". Riff na basie, rozpoczynający ten kawałek dużo obiecuje. Potem też nie jest źle. Trochę zaskakuje refren. Kontrastuje swoją melodycznością z bardzo rytmiczną resztą. Dzięki temu kawałek łatwo zapada w pamięć. Ogólnie płytka nie należy do rewelacji. W tamtych czasach Motorhead miał znacznie lepsze krążki. Zanim się zaskoczy, o co tam właściwie chodzi, trzeba ją parę razy wnikliwie przesłuchać. Zresztą - okładka dobrze oddaje jej klimat. Trochę bardziej odjechana, niż pozostałe. Ale - wystarczy stuknąć kilka browców i wszystko gładko wejdzie. Ja słuchałem jej bez dopalacza. Może dlatego tak marnie ją oceniam. 3 - no, może z małym plusem.

Alex - po raz drugi ;)

       OK. Wygląda na to, że będę musiał odwołać wszystko, co napisałem parę lat temu. Jednak do wszystkiego trzeba dorosnąć i wcale to nie jest trywializm. Pierwsze panienki wrzuciłem pod siebie dopiero gdy miałem kilkanaście lat, a nie już wtedy, gdy zacząłem się nimi ostro interesować w drugiej klasie podstawówki. Podobnież - pierwsza wódka splynęła w dół mojego gardła nie w momencie zniesienia na nią kartek, lecz dużo później, gdy już od jakiegoś czasu chodziłem do szkoły średniej.
       Czasem jednak czekanie się opłaca. Albowiem można przeżyć naprawdę miłe zaskoczenie, gdy okaże się, że w miejscu na półce z plytami, na której dotąd stał tylko kurzący się kawałek plastiku, mamy prawdziwą perłę. A taką właśnie okazał się być Another Perfect Day. Dojrzewanie uczy nas kompromisów. Być może bowiem gitary Robertsona trudno będzie uznać za wizytówkę Motorhead, jednak z upływem czasu (i ilośći przesłuchań plyty) dochodzę do wniosku, że może nie jest z nimi aż tak źle, jak mi się wcześniej wydawało.
       Chyba nie ma większego sensu ponownie przebijać się przez tracklistę, by pokazać wam, że to co do tej pory było be, teraz jest całkiem cacy. Wspomnę tylko o ogólnym wrażeniu, jakie po latach robi na mnie ta płyta. Jest... inna. I ta właśnie inność, dość mocno denerwująca mnie dawniej, dziś jest swego rodzaju zaletą. Nowa harmonia, jaką Robertson (być może) próbował przenieść do Motorhead z Thin Lizzy powoduje, że Another Perfect Day możemy w pewnym stopniu uważać za płytę eksperymentalną. Materiał na niej zawarty wydaje się dużo lżejszy niż to bywało poprzednio. Całość jest bardziej melodyjna. Być może właśnie ta melodyjność tak bardzo mnie wkurzała dawniej. Wybiegające do przodu solówki rozbijają zwartą ścianę dźwięku, tak charakterystyczną dla stylu grania Motorhead. Brakuje tu może trochę drugiej gitary, pojawiającej się później na Rock N Roll, czy 1916, uzupełniającej rytm. Jednak patrząc z drugiej strony, dwie gitarki, grające razem solówki mogłyby na tyle zmienić brzmienie płyty, że nie mielibyśmy już do czynienia z Motorhead. A na to z pewnością Lemmy nie mógłby sobie pozwolić. W końcu bombowiec to nie samolot do uprawiania powietrznych akrobacji.
       Może więc lepiej, że płyta jest taka, a nie inna. Muzycy spróbowali czegoś innego, a my otrzymaliśmy kawałek dość interesującego, nietypowego materiału. Wilka nakarmiliśmy, a i owca została cała. Pozostaje nam więc dziś tylko zasiąść wygodnie w fotelu i odkrywać tę płytę dla siebie na nowo, tak jak i ja uczyniłem. Na zdrowie.
14.03.05.

Spis recenzji