© M4c



Opis płyty

M4c

       Miasto przyszłości, industrialny krajobraz, idzie dwóch kolesi. Podchodzą do rzeki, gdzie stoi wodna taksówka. Obok na krześle siedzi ON, kierowca taksówki. "... - Jesteś taksówkarzem?", pyta Mo, jeden z kolesi. "- Dokąd idziecie?", pyta ON. "- Do centrum", odpowiada Mo. Wchodzą do taksówki i ruszają. "- Lubicie muzyczkę?", pyta ON, "Posłuchajcie tego....", puszcza kawałek - tam da dam da dam dam dam da dam.... - i ciągnie dalej "...Kiedyś dało się tu żyć. Można było nawet chodzić, w sobotę wystarczył tylko kastet, kij albo rura, rozumiesz? Teraz musisz mieć pistolet. Banda zasrańców. Co oni zrobili z tym światem?..."
       Tak wygląda mniej więcej scena z filmu "Hardware". ON, to oczywiście Lemmy, a "muzyczka" to oczywiście utwór "Ace Of Spades"!!! Często słuchając tego kawałka przypomina mi się właśnie ta scena.
       Niewątpliwie "ACE OF SPADES" to największa i najważniejsza studyjna płyta w dorobku Motorhead. Nie ma, co do tego żadnych wątpliwości. To tak, jak "Paranoid" dla Black Sabbath, czy "In Rock" dla Deep Purple. I podobnie jak wspomniane płyty, również ta miała duży wpływ na muzykę rockową. No może nie aż TAK wielką. Nie chcę żeby mnie posądzono o przeginanie, ale czy bez tej płyty np. powstałby thrash metal? Wydaje mi się, że przynajmniej nie w takiej formie.
       "ACE OF SPADES" to kwintesencja stylu zespołu, ale również płyta niepowtarzalna. Dopracowana brzmieniowo i koncepcyjnie, a jednocześnie bardzo żywiołowa (jak większość płyt Motorhead). Producent Vic Maile odwalił kawał dobrej roboty, a sama grupa dała z siebie maximum energii twórczej i zaangażowania.
       Ta płyta to oczywiście przede wszystkim wspomniany wyżej utwór tytułowy, który jest największym przebojem grupy i wręcz dozgonnym hymnem zespołu. Każdy przeciętny rockman po usłyszeniu pytania "znasz Motorhead?" od razu odpowie "ha, no pewnie, lemi, ejsofspejds...".
       Ale zostawmy już w spokoju "Asa pikowego", bo przecież nie tylko hazardem Lemmy żyje. Mamy tu zestaw wspaniałych rock'n'rollowych songów.... Od "Love Me Like A Reptile" po "The Hammer". W zasadzie każdy kawałek zasługuje na wyróżnienie... Czy to napisany specjalnie dla ekipy technicznej "(We Are) The Road Crew", drugi po tytułowym najbardziej chyba znany i bardzo często grany. Czy też zagrane z wielkim wykopem i chyba najbardziej przywołujące na myśl późniejsze dokonania grup thrashowych "Fast And Loose" i "Jailbait". Czy porywające "Fire, Fire", "Dance" i "Bite The Bullet". Czy w końcu wolniejszy i wyjątkowy jak na tamte czasy "The Chase Is Better Than The Catch". A nie można jeszcze zapomnieć o wspaniałych "Shoot You In The Back" i "Live To Win". Po prostu nie ma słabych momentów...
       Przyjrzyjmy się jeszcze tekstom... Jak większość w tamtym okresie są zdecydowanie rock'n'rollowe. Opowiadają głównie o związkach damsko-męskich, o zakazanej miłości do nastolatki ("Jailbait"), o tym, że nigdy nie można się poddawać i zawsze dążyć do celu ("Live To Win"). Jest też nawiązanie do okładki płyty, nawiasem mówiąc bardzo moim zdaniem udanej i wyróżniającej się na tle innych, czyli o "western movies" ("Shoot You In The Back").
       Podsumowując całą płytę - każdy szanujący się fan dobrego rock'n'rollowego grania powinien tę płytę mieć. Po prostu BIBLIA!

Alex

       Są kawałki, które chyba nigdy się nie zestarzeją. Można ich słuchać bez przerwy, co jakiś czas ktoś zabiera się za przearanżowanie ich na swoją modłę, wiecie co mam na myśli. Taki Hey Joe, czy Anarchy In The UK, kto tego nie zna? kto już tego nie grał? Do takich numerów należy również "Ace Of Spades". Szybki, prosty, łatwo wpadający w ucho, typowy hicior. Nic dziwnego, że większe i mniejsze gwiazdy estrady brały się za niego, czasem wyczyniając z nim takie cuda, że szkoda gadać. Kiedyś tam powstał nawet jego dyskotekowy remix. Ale nie tylko ten kawałek rozwala każdego, kto po niego sięgnie. Cały krążek Ace Of Spades to perła, której nie powinno zabraknąć w płytotece żadnego szanującego się rockandrolowca. Tytułowy, otwierający numer znacie, więc nie będę się nad nim dłużej zatrzymywał. Płyta właściwie rozwala od początku do końca. Seven or Eleven... wszystkie słuchacza powalają na kolana. U nas jeden wąsaty koleś szykował się dopiero do bicia rekordów w skakaniu przez płot, tam inny wąsaty koleś dokonał mistrzostwa świata nagrywając jeden z najlepszych krążków w historii. Ale żaden z nich nie miał pojęcia, jak poważne konsekwencje ich wyczyny za sobą pociągną. By przekonać się, że jest to jedna z najważniejszych płyt w historii bandu wystarczy spojrzeć na tytuły. Od razu przypominają się... no, co? Nie wiem, jak wy, ale ja od razu widzę tatuaże Lemmy'ego. Ace Of Spades, "Live To Win"... Hicior goni hicior; jak można na tak krótkiej płytce zgromadzić AŻ TAK wiele przebojów? Zresztą - chyba i sama kapela go lubi - mimo że już parę lat temu osiągnął pełnoletność, nadal możemy usłyszeć te kawałki na koncertach. Pamiętacie "(We Are) The Road Crew"? Wielki ukłon w stronę tych, których normalnie na scenie nie ujrzycie, a przecież - też będących częścią zespołu - przynajmniej na czas trasy, zwykle niedocenianych: operatorów świateł, speców od nagłośnienia, technicznych, tragarzy, dziesiątek roadies; wielkie dzięki Lemmy'emu, że nie zapomniał swoich gówniarskich czasów, jak sam gitarę za Hendrixem nosił. Nam dał zajebisty kawałek, a i jego "road crew" (szeroko rozumiana) pewnie też inaczej pracuje wiedząc, że docenia się jej robotę. Trochę mi zabrakło tego kawałka podczas ostatniego występu kapeli w warszawskiej Stodole - tam dopiero było widać, ile zależy od zgranego zespołu. Nigdy bym nie uwierzył, że można w takim tempie rozstawić scenę, zrobić sound check i nie spierdolić w międzyczasie wszystkiego dokumentnie. Moglibyśmy na dłużej zatrzymać się przy każdym kawałku, ale nie wiem, ile wtedy ta recenzyjka by miejsca zajęła. Można by godzinami mędzić o "Jailbat", czy syjamskich bliźniaczkach - "Bite The Bullet/The Chase Is Better Than The Catch", czy "The Hammer". Ale tak naprawdę moje pienia zachwytu, jakie by nie były, nie oddadzą nawet w połowie tego, co osiągniecie słuchając Ace Of Spades osobiście. A więc - do roboty. Słuchawy na uszy i jazda. Ocena? Kareta asów i piąty z rękawa, czyli 5 punktów.

Lever

       Jeżeli ktoś zastanawia się, dlaczego Motorhead nazywane jest ojcem chrzestnym thrash metalu niech sięgnie po ten album. Zdecydowanie najlepszą płytę w dorobku kapeli cechuje nieprawdopodobny wręcz czad, szybkość i ekspresja. Świetne solówki ograniczone zostały do minimum - tyle ile trzeba, nic na siłe. Ponadto szaleńcza gra na bębnach Philthyego oraz sfuzzowany bas Lemmyego dodają tej płycie niesamowitego powera, którego trudno szukać u wielu innych metalowych kapel. Jak dla mnie metalowy album wszechczasów.

Palownik

       Rewelacyjna płyta. Tymi dwoma słowami można określić ten album. 12 opętańczo szybkich utorów = 36 minut niesamowicie wciągającej płyty. Słuchając jej nie można przestać tupać nogą do rytmu, a podśpiewywanie refrenu "Fire, Fire", "Dance" czy "Ace of Spades" wejdzie chyba każdemu w nawyk. Jak wspomniałem na płycie znajduje się 12 kawałków, i tutaj nie ma słabego momentu, trzyosobowy Motorhead daje czadu. Polecam płytę wszystkim fanom muzyki, niekoniecznie tylko rockowej.

Spis recenzji