© M4c



Opis płyty

M4c

       Pieprz i miód - to jest właśnie "1916". Wspaniała dawka ostrego rock'n'rolla, jaką może nam zafundować tylko Motorhead, a do tego parę kawałków, które zmieniły oblicze zespołu na następne lata (chociaż wiele osób z tzw. branży twierdzi dzisiaj, że Motorhead gra ciągle to samo od początku; ale w 1991 roku jakoś ci sami "znawcy" muzyki byli zaskoczeni zmianami i nowinkami znajdującymi się na tej płycie).
       W 1916 roku w czasie I Wojny Światowej miała miejsce bitwa pod Sommą (Francja), w której zginęło 19 tysięcy młodych Anglików w ciągu 3 godzin! Na podstawie tego wydarzenia powstał utwór "1916". Monumentalny, bez ani jednego dźwięku gitary, tylko klawisze, stacyjka i werbel wybijające jednostajny rytm, do tego prawdziwa wiolonczela i głos Lemmy'ego, który wcielił się tutaj w rolę konającego na polu bitwy 16-to letniego żołnierza. Jedyny i niepowtarzalny...
       Ale to nie jedyna niespodzianka na tej płycie... Jest tu też pierwsza prawdziwa ballada w ich historii, czyli utwór "Love Me Forever" (po latach przypomniany przez Doro w duecie z Lemmym na jej solowej płycie "Calling The Wild"). Ach cóż to jest za majstersztyk... Lemmy wyśpiewuje tą swoją wykurwistą chrypką miłosne wyznanie, w podkładzie burczy jego nieodzowny Rickenbacker, by w pewnym momencie przywalić, że aż miło.
       Oprócz tego jest też niezwykły "Nightmare/The Dreamtime". Trudno ten kawałek opisać, po prostu trzeba posłuchać. Ciary chodzą po plerach... Jakieś dziwne odgłosy, dźwięki gitar zlewające się w jeden skowyt, jakby zombie powstawały z grobów i dodatkowo te mroczne klawisze i głos Lemmy'ego - przywódca zombie przygotowuje swoje hordy na nocne łowy.
       Ale ta płyta to też, jak już wspomniałem na wstępie, dawka bardzo porządnego czadziku. W zasadzie wszystkie utwory zasługują na uwagę, nie ma żadnych słabych punktów, powtarzam żadnych! "The One To Sing The Blues", "I'm So Bad (Baby I Don't Care)", a po nich "No Voices In The Sky" i "Going To Brazil" rozkręcają płytę do granic możliwości. Rock'n'roll na najwyższym poziomie. Wszystko jest tu wspaniale zgrane i zagrane. Gitary prują w duecie, a serducho skacze w rytm boogie. Chcecie więcej? To macie "Angel City" z partiami saksofonu (to też nowość), w którym Lemmy opisuje uroki "miasta aniołów". Utwór ten Mr. Kilmister napisał jeszcze przed przeprowadzką do Los Angeles. W "Make My Day" i "Shut You Down" zwracam zwłaszcza uwagę na świetne solówki.
       Najszybszy i najkrótszy utwór na płycie początkowo był wolnym kawałkiem i kiedy zaczęli go grać szybciej Lemmy stwierdził "Hej, to brzmi jak Ramones". I w ten oto sposób powstał swoisty hołd dla tego zespołu w postaci utworu "Ramones". Dzisiaj jest on grany na koncertach i zawsze dedykowany pamięci nieżyjących już "braci" Ramone - Joey i Dee Dee. Zresztą i sami Ramonesi bardzo polubili ten utwór i grali go na koncertach w końcowych latach działalności, a nawet nagrali swoją wersję studyjną.
       Raz jeszcze... jest to bardzo dobra płyta Motorhead. W zasadzie dzięki tej płycie zacząłem w 1991 roku na poważnie słuchać i kolekcjonować ich płyty (bo wcześniej to stałem lekko z boku tego całego cyrku).

"Rock'n'Roll" nr 4/91 (16) - Krzysztof Wacławiak

       Gdy jakaś heavy metalowa banda przemyca do swego zbrodniczego arsenału instrumenty przyciskane tudzież dęte, bałwańskie faństwo krzyczy: zdrada! Akt oskarżenia zamyka się słowem - wybaczcie ten bagienny wulgaryzm - komercjalizacja, a prokurator przebiegle ironizuje o podlizywaniu się Ameryce (tak jakby lepszym pomysłem było kokietowanie Bułgarii). Pryszczaty mózg zdaje się nie postrzegać warunku podstawowego jakim jest skuteczność, a nie rodzaj zastosowanego środka czadu.
       "1916" (data bitwy nad Sommą, w której zginęło kilkanaście tysięcy nastoletnich ochotników brytyjskich) to - jak zwykle u Motorhead - erupcja najzdrowszej rockowej energii produkowanej przez bodaj najbardziej chuligańską sekcję rytmiczną świata. Rzecz jasna i odkurw gitar ma tu znaczenie stosunkowo zasadnicze.
       W krainie wygrzewu bazowego Motorhead zawsze był królem, a "1916" przynosi zestaw najlepszych kawałków od czasu "Ace Of Spades". Starczy? Musi. Jest ich dokładnie sześć i pół, i - jak głosi okładka - są "ozone hostile", czyli niszczą ozon. Przy okazji stanowią najwierniejszego sojusznika bezsenności i ogólnie zabijają kompetencją tudzież skutecznością. Tak, że jeśli nie przemówi do ciebie, czytelniku miły, takie "The One To Sing The Blues" czy "I'm So Bad", zostań z Bogiem i Philem Collinsem, bo nie dla ciebie git-orgazmy.
       Równie skutecznie radzi sobie Motorhead z patentami, na które porywa się po raz pierwszy. I tak w "Angel City" pobrzmiewają rozklekotany barowy klawisz i sekcja dęta dodając całości smaku, drive'u, a także humoru. "Love Me Forever" zaś okazuje się kwaśno - gorzką balladą miłosną i - o dziwo, zważywszy walory wokalne Lemmy'ego - nawet nie ociera się o karykaturę czy parodię. Parodią, a zarazem hołdem (złożonym The Ramones) jest natomiast półtoraminutowy ,,Ramones". Wreszcie, utwór tytułowy to ponura, przejmująca i - niech stracę - refleksyjna anty-oda do wojennej tragedii przecinana werblem dobosza i spokojna aranżem na smyczki.
       Lemmy osiadł w Los Angeles (które wyśmiał w piosence "Angel City"), opalił się, zmył sadło z włosów, zażyczył nowe zęby i niewątpliwie mrugnął kaprawym okiem do Ameryki i jej rynku. Co nie przeszkodziło mu w nagraniu jednej z mocniejszych pozycji w katalogu Motorhead. Ot, po prostu rockownia wpisana w geny.

"Metal Hammer" nr 3/91

       Dzięki Bogu przeprowadzka Motorhead do Los Angeles nie stępiła ich ostrego brzmienia. Spostrzeżenie Lemmy'ego, że Anglia nie docenia muzyki Motorhead, było niezwykle trafne. Dopiero brak Motorhead, uświadomił wszystkim prawdziwą wartość tego zespołu. To właśnie ta grupa, bez względu na to, czy to się komuś podoba czy nie, zainspirowała swą muzyką całą armię wykonawców thrashu. Co ciekawsze nikt z nich nie potrafi odpowiednio naśladować, ani energii, ani groźnej charyzmy, jaką posiada Motorhead. Nie ma znaczenia ilość patetycznie satanistycznych czy okultystycznych haseł, wygłoszonych w imię źle pojętej iluzji bycia "twardzielem", bo kiedy Lemmy śpiewa w "Angel City" - "Zrobię tu jatkę, rozwalę w drobny mak całą klatkę" - jego agresja jest wręcz namacalna.
       Album "1916" nie zawiedzie tych, którzy liczą na typowe dla Motorhead, roztopione strzępy surowych i prostych riffów. Takie numery jak "I'm So Bad" i "Make My Day", zawierają patenty, które są wyjątkowo niebezpieczne dla ludzkich kręgów szyjnych. Wystarczy dołożyć do tego kilka szalonych wątków perkusyjnych Philthy'ego i wyjątkowo nieprzyzwoitych, gitarowych solówek Wurzela, a już słychać w uszach pogrom zawarty na tej płycie.

Piotr

       Jestem wielkim fanem Motorhead'a i oczywiście fanem rock'n'rolla w każdym wydaniu. Wszędzie, gdzie tylko mogę, zawsze oceniam najwyżej "1916". Tak też jest tym razem. Moja ulubiona płyta. Całkiem inna od prawdziwego Motorhead'a, ale przez to chyba jedna z ich najlepszych.

sinister13

       Oj, od dawien dawna słucham "Mototów":) i zaczynałem od najwcześniej wydanych. Motorhead jest zmienny, a odzwierciedleniem ich zmienności są ballady wciśnięte:) w każdy z albumów. Czasem lepsze, czasem gorsze - wiadomo. Ale gdy usłyszałem "Love me forever" na 1916 - zwariowałem!!!! utwór mega! - jeden wniosek tylko przychodzi mi na myśl :- Chciałbym słyszeć ten utwór jeszcze ze 2 razy :- kiedy będe brał ślub - kiedy będą mnie chować:)))))) 1916-jest prawie doskonała jak na ten okres wydania :0 ) Trochę tu fx rodem z LA, brak nieco Londyńskiego polotu, ale jest ok. "Love me forever" - wygrywa oskara, a "Ramones" - drugiego!!!!

Marcos

       Album, jakby nie było, zamotany, nawet większość z Was nie domyśla się chyba do jakiego stopnia, ale to już zostawię sobie na koniec, jako ciekawostkę dla tych mniej spostrzegawczych. Wita nas walenie w bębny pana Taylora. Cóż, wrócił i wali w bębny i blachy jak należy. Po prostu miło się robi na serduchu. Tak naprawdę to "The One To Sing The Blues" to dobry początek tego krążka. Niezbyt szybki kawałek, ale patrząc na całość świetnie oddający charakter tego wydawnictwa. "I'm So Bad (Baby I Don't Care)" - tu już trochę szybciej, płyta nabiera tempa. Taki dobry rock'n'rollowy kawałek o trochę przewrotnym tekście. Zaraz potem następny demonik szybkości, a mianowicie "No Voices In The Sky". Podobają mi się tutaj głównie bębny w pierwszej części, bo są takie... głębokie :). Chłopcy narzucają z piosenki na piosenkę coraz większe tempo, aż się miło na serduchu robi. Jak w większości utworów, tak i tutaj proponuję zwrócić uwagę na doskonałe sola wewnątrz numerów. Naprawdę majstersztyki. Nie zwalniamy, bo już słychać "Going To Brazil". Nie ma miejsca na odpoczynek. Rock'n'roll to rock'n'roll i nikt chyba już nie ma co do tego wątpliwości. Jednak przyda się chwilka przerwy. Odpoczynek zaczynamy od "Nightmare/ The Dreamtime". Straszny utwór od samego początku. Proponuję słuchać wieczorami, przy zgaszonym świetle z zamkniętymi oczyma i do tego ze słuchawami na uszach, naprawdę wymiata!!! Jeżeli ktoś nie zna angielskiego, to nie przeżyje tego do końca, ale też się trochę może przestraszyć :). Naprawdę magiczny utwór, ciekawie wplecione są klawisze. Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie pasuje do Motorhead. Ale tak naprawdę tylko dobudowuje to klimat tego kawałka. I te dzwony... Na otrząśnięcie się z wrażeń mamy "Love Me Forever". Nie polecam łatwo dołującym się dziewczynom ze złamanymi sercami ;). Spokojna ballada, ciekawie rozwiązane partie gitar, kapitalna gra na bębnach. Naprawdę ciekawy kawałek, na pewno nie nastraja zbyt optymistycznie, ale stanowi doskonałe przejście między "Nightmare" a resztą albumu. Znowu wracamy do świata radości z życia. "Angel City" doskonale wybudzi tych, którzy o mało co nie zasnęli z powodu dwóch długaśnych ballad. Tekst jest świetny, ale to chyba nikogo nie dziwi. Ciekawie brzmi też pojedynek między gitarami a pianinem na końcu kawałka. "Make My Day". Cóż, jak dla mnie nic nadzwyczajnego, po prostu gdyby go nie było, to dla mnie nie robiłoby to żadnej różnicy. Szybki, na pewno bardzo energetyczny, ale dla mnie brak mu takiego poważniejszego kopa. Zaraz następuje "Ramones". Tak ten kawałek jest zajebisty i strasznie... krótki. Tylko półtorej minuty! Ale jak długo można się rozwodzić na temat drugiej, legendarnej grupy? Ciekawa pozycja na tym albumie. Dziwne, ale słuchając go wydaje się, że jest jednak trochę dłuższy... "Shut You Down". Czy będzie wielkim nietaktem, jeżeli napiszę, że podobnie jak "Make My Day" jest mi dokładnie obojętny? Nie wiem, ale jak dla mnie jest za bardzo bezpłciowy. Szybki, na pewno ciekawie i dobrze zagrany, ale nic więcej. Na pierwsze takty "1916" zareagowałem tak jak pewnie większość tych, co pierwszy raz go usłyszeli. To jest Motorhead? Tak, chłopcy i dziewczynki. To też jest Motorhead. Może nietypowy, ale naprawdę to oni! Zebrało się Lemmy'emu i kolegom za ten kawałek wiele nieciekawych recenzji. Ale tak naprawdę to dla mnie jest on bardziej integralny i na miejscu niż choćby "Make My Day" czy "Shut You Down". Bardzo dobra ballada, ciekawe instrumentarium, po prostu coś nowego. I niepowtarzalnego. Doskonały na zakończenie tej płyty. Płyty nierównej, przesyconej zarówno szybkim rock'n'rollem jak i długaśnymi balladami. Naprawdę świetny album. Polecam. A niecała piątka ze względu na dwa słabe utwory. Teraz ciekawostki. Ciekawie balladkę "Love Me Forever" wykonała pani Doro w duecie z Lemmy'm. Ciekawscy znajdą ją na albumie "Calling The Wild" wspomnianej niewiasty :). Druga rzecz... Wsłuchajcie się w pozorny bełkot Lemmy'ego w "Nightmare". Tak naprawdę są to trzy kawałki nagrane "od końca". Lemmy między innymi chwali się, że to co mówi nie będzie nigdy zrozumiane przez nikogo na świecie. A trzeba przyznać, że troszeczkę nam tam urąga... Ale jak jesteście sprytni, to sami to wszystko usłyszycie... Powodzenia!

Carnage

       Z Motorheadem zetknąłem się po raz pierwszy dzięki soundtrackowi do gry THPS3 (jestem ich fanem od niedawna), zawarty tam "Ace Of Spades" urzekł mnie od razu. Natomiast pierwszym albumem, który nabyłem, był 1916. Nie od razu powalił mnie na kolana, musiałem go kilka razy dokładnie przesłuchać.
       Od razu idzie odczuć potężniejsze brzmienie. W porównaniu z poprzednimi albumami bardziej soczyste, bardziej słychać doły. Śmiem twierdzić, że to ich pierwsza porządnie wyprodukowana płyta (chociaż brzmienie Overkill również ma swój urok). Świetnie nagrane są bębny (co słychać na początku, w otwierającym "The One To Sing The Blues") i gitary. Po raz pierwszy płyta Motorhead jest tak urozmaicona: tak "dziwnych" piosenek jak "Nightmare\The Dreamtime", "Love Me Forever", "1916" jeszcze nigdy nie nagrali! "Love Me Forever", tekstowo i muzycznie, początkowo kojarzył mi się z "Wasting Love" Iron Maiden. Później dało się jednak wyczuć że to dwa różne utwory. Po pierwszym przesłuchaniu najbardziej spodobał mi się "Nightmare\The Dreamtime", po prostu genialna kompozycja, chociaż może trochę przyćmiona przez pozostałe utwory. Nie brakuje też klasycznego rock n' rolla: "I'm So Bad (Baby I Don't Care)". Muszę powiedzieć, że z każdym przesłuchaniem było tylko lepiej! Utwory których nie wymieniłem również zasługują na wielkie uznanie, jako świetne rockery (chociaż "Make My Day" niczym szczególnym się nie wyróżnia). Ogólnie jest to bardzo dobry album, do którego chętnie wracam. Tym którzy nie słuchali Motorheada w latach dziewięćdziesiątych polecam 1916 i Bastards jako te dwa największe klasyki.
       Warto też wspomnieć, że płyta mogła być jeszcze bardziej zauważona na świecie, ale trzeba pamiętać, że pojawił się grunge, a Michael Jackson miał swój najlepszy czas :-)
       Podsumowując: może nie jest to najlepsza płyta w dorobku Motorheada, ale na pewno najbardziej odkrywcza, na której słychać, że zespół kombinuje i ciągle poszukuje, a nie ogranicza się do typowej "sieczki" i (co najważniejsze) nie zjada własnego ogona. I właśnie to wszystko zawyża u mnie ogólną ocenę z 4 do 4,5.

Spis recenzji